Europa

Wybory w Niemczech: Merkel idzie po czwartą kadencję

Już 24 września Niemcy na 99% wybiorą Angelę Merkel na Angelę Merkel, tzn. na kanclerza Republiki Federalnej Niemiec. Jej partia (CDU) powinna osiągnąć ok. 40% poparcia. Pozostaje pytanie, z kim […]

Już 24 września Niemcy na 99% wybiorą Angelę Merkel na Angelę Merkel, tzn. na kanclerza Republiki Federalnej Niemiec. Jej partia (CDU) powinna osiągnąć ok. 40% poparcia. Pozostaje pytanie, z kim Merkel stworzy koalicję, by kontynuować rządy – będzie to jej czwarta kadencja! Warto postawić też inne pytanie: jak Angela Merkel doprowadziła do tego, że od ponad dekady w wyborach chodzi o to, by dobrać jej koalicjanta? Bo pozycja kanclerz jest niepodważalna.

Co słychać w Berlinie?

Tydzień temu spędziłem w Niemczech kilka dni. Odwiedziłem Berlin oraz Poczdam. Kampania wyborcza była widoczna – latarnie i płoty pełne są plakatów przedstawiających kandydatów oraz partyjne hasła. Nie natrafiłem na żadne wiece ani spotkania z wyborcami, a niewielka demonstracja na Placu Poczdamskim w Berlinie zgromadziła, o ile dobrze zrozumiałem, garstkę anarchistów.

Wbrew temu, co można wysłuchać i obejrzeć w mediach narodowych, Niemcy nie znajdują się na skraju upadku. Islamscy imigranci nie kontrolują ulic, nie biją mężczyzn, ani nie gwałcą białych kobiet. Nie obowiązują też żadne strefy no-go, czy też inne strefy szariatu. Wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że – w kosmopolitycznym przecież Berlinie – przedstawiciele innych ras i kultur są w zdecydowanej mniejszości. Uspokajam zatem, że Niemcy trzymają się mocno. To zresztą ciekawe, bo obok narracji o upadku i zalewie islamskich imigrantów, w narodowym przekazie mamy do czynienia także z narracją de facto przeciwstawną. Otóż Niemcy są potęgą, z którą nie może się równać żadne inne europejskie państwo, a Berlin pociąga za wszystkie sznurki. Bruksela i unijni biurokraci wypełniają wolę Niemiec. Paradoksalne, że upadłe państwo jest jednocześnie dominującym europejskim mocarstwem…

Niemiecka scena polityczna

Wróćmy jednak do Angeli Merkel i zbliżających się wyborów. O ile pół roku temu wydawało się, że współrządzący aktualnie z chadekami socjaldemokraci złapali oddech (nominując byłego szefa Parlamentu Europejskiego Martina Schultza na lidera i kandydata na kanclerza), to efekt nowości szybko przeminął. Tak samo minęło zagrożenie ze strony populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD), która miała atakować próg 20% poparcia, jednak powróciła do balansowania na granicy 10% głosów. Powoli, acz systematycznie umacniają się liberałowie z FDP, którzy wypadli z Bundestagu w 2013 r. po raz pierwszy w powojennej historii Niemiec. Partia ta to tradycyjny partner koalicyjny chadeków. Ciekawe, że FDP z jednej strony chce zwiększać nakłady na obronę nawet bardziej niż chadecy Angeli Merkel, jednak z drugiej strony opowiadają się za odmrożeniem stosunków z Rosją… Zupełny brak konsekwencji. Wiemy jednak, że w Niemczech bardzo silne jest przekonanie co do tego, że z Moskwą można – i nawet trzeba – robić intratne interesy.

Pięcioprocentowy próg wyborczy przekroczą zapewne też Zieloni oraz Lewica (Die Linke), ale tylko pierwsze z tych ugrupowań może liczyć na sprawowanie władzy. Układy chadeków z Zielonymi są testowane na szczeblach lokalnych. Gdyby wynik CDU okazał się słabszy od przewidywanego, w ostateczności może dojść do trójstronnego porozumienia chadeków, liberałów i Zielonych – spójność tego układu byłaby jednak ograniczona. Na końcu Angela Merkel mogłaby doprowadzić do osłabienia słabszych partnerów i ich wypadnięcia z Bundestagu. Ciekawe, że sondaże wskazują na niewielką przewagę zwolenników trwania w wielkiej koalicji wśród wyborców socjlademokratów z SPD (50% do 46%). Tymczasem nie da się ukryć, że silniejszy partner w tym układzie (CDU) zyskuje, podczas gdy słabszy (SPD) traci w sytuacji wspólnych rządów.

Cesarzowa czy Caryca?

Wydaje się, że między bajki można włożyć jakikolwiek układ rządowy bez CDU i Angeli Merkel na fotelu kanclerza. Egzotyczna koalicja SPD, Lewicy i Zielonych nie miałaby większości, a liberałowie czy AfD nigdy by się do takiego eklektycznego towarzystwa nie przyłączyli. Jak doszło do tego, że Merkel może być spokojna o swój los, a pozostałe partie biją się o drugie miejsce?

Na powyższe pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Merkel jest zręcznym graczem, który potrafi neutralizować rywali zarówno w łonie własnej partii, jak i politycznych przeciwników. Jest osobą do bólu pragmatyczną, antyideologiczną i – przynajmniej pozornie – niedecyzyjną. Unika zdecydowanych sądów i konkretnych wypowiedzi. Potrafi słuchać i wsłuchuje się w nastroje społeczne. Nie jest dogmatyczna, nie boi się wyjść poza partyjne schematy i „prawdy kardynalne”, przejmując w ten sposób retorykę, pomysły i poparcie swoich przeciwników. Odwleka podejmowanie decyzji, jest mistrzynią deliberowania nad problemami (przebija w tym, moim zdaniem, nawet Baracka Obamę) i rozwadniania tematów. Jednocześnie potrafiła przeprowadzić Niemcy oraz Unię Europejską przez szereg poważnych kryzysów – finansowy (i powiązany z nim grecki), ukraiński (Krym, Donbas) oraz migracyjny. Od roku ma na głowie także Brexit, a od początku 2017 r. Również prezydenta Trumpa w Białym Domu. Niektórzy uważają, że to Merkel jest teraz liderem Wolnego Świata (Zachodu). Powiedzieć, że ma pod górkę, to jak nic nie powiedzieć. Mimo to, potrafi utrzymać Niemcy na powierzchni (przyzwoity wzrost gospodarczy, niski poziom bezrobocia) i niepodzielnie rządzi na niemieckiej scenie politycznej. Nikt nie stanowi dla niej poważnego zagrożenia.

Merkel i jej urbi et orbi

Z punktu widzenia Polski kontynuacja rządów Merkel to bardzo dobra wiadomość. Kanclerz robi co w jej mocy, by utrzymywać z Warszawą dobre relacje – choć aktualnie jest to coraz trudniejsze. Jako była obywatelka NRD doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Polska dokonała rzeczy wielkich w okresie po 1989 r., przechodząc drogę od załamania do sukcesu gospodarczego. Merkel wie też, że Niemcom w relacjach z Polską, z racji II Wojny Światowej, wolno mniej. Dlatego pani kanclerz jest powściągliwa i – jeszcze – wyrozumiała.

Co sukces Angeli Merkel będzie oznaczał dla Europy, dla świata? Kontynuację. Przewidywalność. Stabilność. Dokładnie to, czego potrzeba w sytuacji, gdy Donald Trump jest kompletnie nieprzewidywalny i gotów do gwałtownych działań. Merkel zrobi co w jej mocy – choć na totalny rozgardiasz po brytyjskiej stronie nie ma żadnego wpływu – by Brexit przeprowadzić w najmniej bolesny i kosztowny sposób. Po uzyskaniu nowego mandatu można spodziewać się podjęcia prób reform w UE, w czym towarzyszyć będzie jej Emmanuel Macron. Merkel powinna pomóc mu w realizacji niektórych jego zapowiedzi dotyczących spraw unijnych (i strefy euro), aby młody prezydent odniósł kilka sukcesów i wzmocnił tym samym pozycję w kraju. Aktualnie jego notowania osłabły, a przed nim kluczowe decyzje, m.in. reformy rynku pracy. Merkel nie powinna dopuścić do tego, by Francuzi musieli postawić na swojego odpowiednika Trumpa – populistycznych Marine Le Pen czy Jean-Luca Melenchona.

Przed kanclerz Merkel stoją także poważne wyzwania wewnętrzne. O ile budżet, gospodarka czy rynek pracy mają się dobrze, to kraj stoi przed szeregiem wielkich wyzwań: lata oszczędności sprawiły, że infrastruktura zaczęła się starzeć i niedomagać; starzenie się społeczeństwa wzmaga presję na system emerytalny; kraj przyjął znaczną ilość imigrantów, a potrzebuje jeszcze więcej – jednak musi powstać kompleksowa polityka integrująca przybyszów z krajem i jego obywatelami. Cały czas widoczny i wyraźny jest też podział na byłe RFN i NRD, a obszary byłego NRD są w widoczny sposób biedniejsze od zachodnich landów.

Wyjątkowe miasto, wyjątkowy kraj

Znajdując się w Berlinie zawsze mam poczucie wyjątkowości tego miejsca. Trudno sobie wyobrazić zarówno to, co działo się w chwili wznoszenia muru – gdy z dnia na dzień podzielono rodziny fizyczną barierą – jak i to, co działo się przez kolejnych niemal 30 lat. Przechodzenie między dawnym wschodnim a zachodnim Berlinem nieustannie przypomina o tych wydarzeniach. O tym, że miasto krwawiło przez długie lata. I teraz jest zszywane, głównie imponującymi inwestycjami – gdziekolwiek nie spojrzałem, na horyzoncie widoczne są żurawie. W zasadzie zawsze znajdujemy się w pobliżu jakiegoś placu budowy. Jednak zszywanie miasta, całego państwa, odbywa się – musi się odbywać – przede wszystkim w głowach. W świadomości społecznej. Wymaga to rozsądku, rozwagi, odwagi i cierpliwości. Proces ten cały czas trwa. I nie odbywa się to w próżni, bo na świecie nieustannie „dzieje się” bardzo dużo. Rozmaite kryzysy i wyzwania odwracają uwagę, powodują przekierowanie zasobów i wydłużają zrastanie się podzielonego w wyniku II WŚ organizmu. Zrastanie się duszy. Wiele z powyższych zjawisk i dylematów znajduje odbicie w kanclerz Merkel. Z pozoru tylko jej praca jest łatwa i przyjemna – w końcu stoi na czele jednego z najpotężniejszych państw świata, historycznego mocarstwa. To jednak tylko maska dla mających słabsze rozeznanie. Rządzenie Niemcami to ciężki kawałek chleba, a Merkel musi się napracować, by robić to dobrze. 24 września powinna przedłużyć rządy o kolejne cztery lata.

Piotr Wołejko

Share Button