Afryka, Ameryka Północna, Bliski Wschód

Szcześnik: Arabska wiosna cztery lata później

Mijają właśnie cztery lata od wybuchu potężnej fali protestów, które rozpoczęły się w Tunezji a następnie przetoczyły się przez kraje Bliskiego Wschodu, dając początek tzw. „Arabskiej Wiośnie”. Protesty doprowadziły  do […]

Mijają właśnie cztery lata od wybuchu potężnej fali protestów, które rozpoczęły się w Tunezji a następnie przetoczyły się przez kraje Bliskiego Wschodu, dając początek tzw. „Arabskiej Wiośnie”. Protesty doprowadziły  do ustąpienia wieloletnich prezydentów w Tunezji i Egipcie, obalenia libijskiego dyktatora Muammara Kadafiego oraz do wybuchu krwawego konfliktu w Syrii, który pochłonął już ponad 200 tysięcy ofiar. Masowe demonstracje w wielu miastach regionu były z uwagą obserwowane przez świat zachodni i mogły nieść nadzieję na demokratyczną transformację, jaka była udziałem państw Europy Środkowo-Wschodniej po upadku komunizmu. Niestety, obecna sytuacja w regionie nie daje zbyt wielu powodów do radości.

Krzyk protestu

Przez lata modelem rządów dominującym w państwach arabskich była albo monarchia, albo autorytarna prezydentura, zdobywana najczęściej w drodze zamachu stanu. Systemy polityczne krajów regionu charakteryzowały się silnym przywództwem, ograniczeniem wolności obywatelskich i rozbudowanym aparatem bezpieczeństwa. Gwarantowały one jednak pewną stabilność wewnętrzną,  stanowiąc jednocześnie zaporę przed islamskim fundamentalizmem. Dlatego też kraje Zachodu przez lata respektowały status quo w regionie, wspierając sympatyzujących z nimi dyktatorów jak szach Mohamed Reza Pahlavi w Iranie (do Islamskiej Rewolucji w 1979 r.), Ben Ali
w Tunezji czy Hosni Mubarak w Egipcie, przymykając oko na opresyjny charakter ich rządów.

Narastające społeczne niezadowolenie z kiepskiej sytuacji ekonomicznej, wysokiego bezrobocia, braku poszanowania swobód obywatelskich i praw człowieka, czy wszechobecnej korupcji w końcu  znalazło ujście po samospaleniu 26-letniego Mohameda Bouazizi, ulicznego sprzedawcy z tunezyjskiego miasta Sidi Bouzid, który 17 grudnia 2010 r. podpalił się w proteście  przeciwko polityce władz i fatalnej sytuacji ekonomicznej. W wielu miastach kraju zaczęło dochodzić do demonstracji i zamieszek, a brutalna odpowiedź sił bezpieczeństwa, używających ostrej amunicji (rejestrowana przez protestujących i publikowana w mediach społecznościowych), wywołała oburzenie międzynarodowej opinii publicznej, krytykującej barbarzyństwo reżimu. W konsekwencji protestów prezydent Zine El-Abidine Ben Ali był zmuszony uciekać z kraju w styczniu 2011 roku, po 24 latach rządów.

Przykład z Tunezji szybko wzięły inne kraje. Niepokoje społeczne miały miejsce w większości krajów Bliskiego Wschodu, a już 11 lutego, doprowadziły do upadku kolejnej głowy państwa w regionie – z urzędu zrezygnował prezydent Egiptu Mubarak, przekazując władzę tymczasowo w ręce armii. W Libii i Syrii natomiast antyrządowe protesty dość szybko przekształciły się w brutalne wojny domowe.

USA zmienia podejście

Tak gwałtowny rozwój wypadków sprawił, że Zachód musiał się jakoś do nich ustosunkować. Zwłaszcza Stany Zjednoczone zmuszone zostały zredefiniować swoją politykę wobec państw regionu. Dotychczasowe podejście, polegające na podtrzymywaniu długoletnich sojuszy z reżimami krwawo tłumiącymi prodemokratycznych protestów na oczach światowej opinii publicznej, stanęło pod znakiem zapytania. Ostatecznie, pomimo pewnego rozdarcia między sojuszniczą lojalnością a wiernością głoszonym wartościom, rząd USA opowiedział się za protestującymi w Tunezji i Egipcie. Taka zmiana polityki, choć znacząca,  wynikała nie tylko z wiary w demokratyczne ideały, ale również z obaw amerykańskiej administracji o utratę wpływu na wydarzenia w tych krajach
w przypadku sukcesu rewolucji.

W Libii i Syrii prodemokratyczni demonstranci również mieli poparcie międzynarodowej opinii publicznej. W tych państwach, w obliczu brutalności władz, pokojowe demonstracje dość szybko przerodziły się w zbrojne rebelie przeciw reżimom Kaddafiego i Assada. W obliczu możliwej porażki rebeliantów w Libii, NATO, przy akceptacji Rady Bezpieczeństwa ONZ rozpoczęło 19 marca 2011 r. naloty na pozycje lojalistów. Trwająca 7 miesięcy operacja „Unified Protector” przechyliła szalę na korzyść rebeliantów i pomogła ich siłom w odniesieniu zwycięstwa, czego symbolem było schwytanie i zabicie przez rebeliantów Kaddafiego 20 października 2011 roku.

W Syrii sytuacja była bardziej skomplikowana. Antyrządowym siłom nie udało się zdobyć znaczącej przewagi w walkach z dobrze wyszkoloną i nieźle wyposażoną armią syryjską, co sprawiało, że żadna międzynarodowa operacja militarna na ograniczoną skalę (jak w Libii) nie była możliwa. Ponadto Rosja i Chiny skutecznie blokowały jakiekolwiek wymierzone w syryjski reżim działania Rady Bezpieczeństwa ONZ a Amerykanie nie chcieli i nie mieli pieniędzy, żeby angażować się w kolejną długotrwałą wojnę na Bliskim Wschodzie. USA próbowały wywierać presję na Bashara Al-Assada, wprowadzając przeciwko Syrii sankcje i bezskutecznie wzywając jej przywódcę do odejścia. W sierpniu 2012 r. prezydent Obama ogłosił, że „czerwoną linią” dla Stanów Zjednoczonych będzie użycie przez reżim broni chemicznej. Kiedy rok później pojawiły się doniesienia o użyciu takiej broni przeciw rebeliantom, Obama znalazł się pod ścianą. Na szali położona została wiarygodność Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. USA niechętnie szykowały się do operacji, która nie miała poparcia wśród amerykańskiego społeczeństwa. Wtedy Syria w ostatniej chwili zaakceptowała propozycję ze strony Rosji, polegającą na przekazaniu kontroli nad syryjskim arsenałem chemicznym społeczności międzynarodowej a następnie na jego zniszczeniu. Wydawać by się mogło, że Rosjanie przechytrzyli Amerykanów, ale prawda jest taka, że ich pokojowa oferta była na rękę wszystkim zaangażowanym stronom.

Wyboista droga do demokracji

Po początkowych sukcesach rewolucji, szybko okazało się, że demokratyczna transformacja nie jest prostym zadaniem. W Egipcie po obaleniu prezydenta doszło do głosu Bractwo Islamskie, które za czasów Mubaraka było zdelegalizowane. Jego kandydat, Mohammed Morsi odniósł zwycięstwo w pierwszych wolnych wyborach prezydenckich, w czerwcu 2012 roku. Obejmując urząd był postrzegany jako umiarkowany polityk, jednak swoimi antydemokratycznymi działaniami szybko zraził do siebie pozostałych aktorów życia politycznego, a zwłaszcza wojsko, które w lipcu 2013 roku usunęło go ze stanowiska i przejęło odpowiedzialność za kraj. Władza trafiła de facto w ręce głównodowodzącego armii, gen. Abdel Fataha El-Sissiego, który w maju 2014 r. wystartował i zwyciężył w wyborach prezydenckich. Niezwykle brutalnie rozprawił się on z opozycją, ponownie delegalizując Bractwo Islamskie i prześladując jego zwolenników.

W Libii, od czasu obalenia Kaddafiego, rząd centralny miał wielkie problemy z objęciem kontroli nad całym terytorium Libii. Nie udało się rozbroić licznych lokalnych milicji, pojawiły się napięcia pomiędzy Benghazi a Trypolisem a nawet propozycje podziału kraju na 3 regiony. Społeczeństwo jest podzielone, a brak silnych ogólnokrajowych organów bezpieczeństwa sprawia, że w kraju panuje chaos i panoszą się w nim terroryści. We wrześniu 2012 r. w terrorystycznym ataku zginął ambasador USA, Christopher Stevens. Sytuacja w kraju wciąż jest niezwykle trudna.

W Syrii natomiast zbrojna rebelia przeciwko opresyjnemu reżimowi została niestety z czasem zdominowana przez radykalnych islamistów i bojowników, którzy przyjeżdżali do Syrii z całego świata, by walczyć o wprowadzenie nowego porządku, opartego na prawie szariatu. Narodziła się ISIS (Islamic State of Iraq and Syria) – nowa, niezwykle groźna organizacja terrorystyczna, która opanowała część terytoriów Syrii i Iraku, a następnie proklamowała utworzenie na podbitych terenach kalifatu. ISIS jest samowystarczalna, zarabia miliony dolarów dziennie na sprzedawaniu ropy z zajętych terenów i słynie z brutalności, którą potępiła nawet Al-Kaida (sic!). Obecnie międzynarodowa koalicja prowadzi naloty na pozycje ISIS, jednak wydają się one nie osiągać zamierzonych rezultatów. Dlatego problem ten będzie nam zapewne towarzyszył jeszcze przez jakiś czas. Tymczasem konflikt w Syrii kosztował już życie ponad 200 tysięcy ludzi.

Jedynym krajem, w którym sytuacja wydaje się zmierzać w dobrym kierunku jest Tunezja. Pomimo trudności, w styczniu 2014 roku w końcu udało się przyjąć nową, dość liberalną konstytucję. Ponadto w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, które odbyły się jesienią zeszłego roku, sukces odniosła świecka, lewicowa partia Nidaa Tounis, zdobywając i większość w parlamencie, jak i urząd prezydenta którym został Beji Caid Essebsi. Tunezja może być przykładem dla innych krajów regionu, jednak ogólny krajobraz w regionie jest, niestety, niepokojący.  Pokazuje on, jak ciężko jest przenieść eksperyment pod nazwą „liberalna demokracja” na bliskowschodni grunt i jak daleko jesteśmy od realizacji tych idei.

Mateusz Szcześnik*

*Mateusz Szcześnik – amerykanista, czytelnik Bloga Dyplomacja

Share Button