Bliski Wschód, Europa, Rosja

Europa może wybrać Iran zamiast Rosji

Rosja nawet nie udaje, że zamierza wypełniać postanowienia genewskiego „okrągłego stołu” ws. Ukrainy, czyli dążyć do deeskalacji konfliktu. Kolejne miasta na wschodzie Ukrainy przechodzą pod kontrolę sterowanych z Moskwy „separatystów”, […]

Rosja nawet nie udaje, że zamierza wypełniać postanowienia genewskiego „okrągłego stołu” ws. Ukrainy, czyli dążyć do deeskalacji konfliktu. Kolejne miasta na wschodzie Ukrainy przechodzą pod kontrolę sterowanych z Moskwy „separatystów”, a Władimir Putin nie zawahał się nawet porwać obserwatorów z misji OBWE, którzy mieli przyglądać się sytuacji na miejscu. Efektem tego postępowania są kolejne sankcje nakładane przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską na rosyjskich obywateli, tym razem wreszcie z bliskiego otoczenia Władimira Putina. Jednak nie powinniśmy spodziewać się, że takie działania przyniosą zmianę postępowania Rosji. Działa tu raczej następująca logika – Zachód chwilę pokrzyczy, a z biegiem czasu sankcje zostaną zniesione i wrócimy do business as usual. Putina w wierze w taki właśnie scenariusz utwierdzają m.in. liderzy niemieckiego biznesu, którzy bez skrępowania jeżdżą teraz do Rosji zawierać miliardowe kontrakty.

Czy Europa i Stany Zjednoczone naprawdę nie zrobić niczego, co skłoniłoby Putina do powstrzymania się od destabilizowania Ukrainy? Zapewne nie, gdyż Zachód musiałby zadziałać błyskawicznie i bardzo mocno. Jedyne, co przychodzi na myśl, to odcięcie Rosji od zachodnich instytucji finansowych. Ucieczka kapitału, czy spadki na moskiewskiej giełdzie to dużo za mało, by Putin rozważył zmianę postępowania. Kryzysy już były, chociażby w 2008 r. i nic z tego nie wynikło.

Kto gazem wojuje, od gazu ginie

O ile odcięcie od zachodnich rynków finansowych mogłoby być skuteczne, to jest to działanie krótkoterminowe. Rosja to nie Korea Północna, czy Kuba – nie można jej długotrwale izolować. Nie leży to zresztą w niczyim interesie. Europa powinna jednak podjąć, we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, długoterminową decyzję o ograniczeniu roli rosyjskiego gazu w europejskim miksie energetycznym (dziś 1/3 importowanego gazu pochodzi z Rosji). Wiele państw jest uzależnionych w 90 do 100 proc. od rosyjskiego gazu – są to państwa bałtyckie, Słowacja i Bułgaria. Dla Niemiec, kluczowego gracza w UE, rosyjski gaz stanowi ok. 1/3 importu. Gazprom, który odpowiada za eksport błękitnego paliwa, podzielił według klucza politycznego odbiorców surowca – najwięcej płacą ci, którzy są najbliżej Rosji (kraje bałtyckie, aktualnie Ukraina, Polska), a mniej kraje bardziej oddalone, ale też i bardziej przyjaźnie nastawione (Niemcy, Włochy). Rozmaite klauzule długoterminowych kontraktów (np. take or pay, czyli płać niezależnie od zapotrzebowania; zakaz reeksportu) oraz brak infrastruktury pozwalającej na dywersyfikację dostaw blokują uzależnionych od rosyjskiego gazu odbiorców. Gazprom dość sprawnie unika unijnego prawa z zakresu energetyki, w czym pomaga jego niepełna implementacja oraz brak woli politycznej do przestrzegania tych przepisów (vide bułgarskie manewry z South Streamem, który ma być wyłączony spod unijnej legislacji, a Bułgarzy uznają go za… interkonektor, czyli połączenie międzysystemowe, którego celem jest umożliwienie dostaw gazu z alternatywnych źródeł w sytuacji kryzysowej).

Tak jednak nie musi być. UE i USA mogą wybrać Iran zamiast Rosji. Jeden z moich najwierniejszych czytelników na profilu Dyplomacji na Facebooku wzburzył się słysząc moją propozycję i napisał, że Europa świadomie stała się zakładnikiem rosyjskich producentów ropy i gazu, a teraz autor proponuje, żeby była zakładnikiem Iranu? Kupujący zazwyczaj jest zakładnikiem sprzedającego, chyba że istnieje możliwość pozyskania danego towaru od innych sprzedających. I to właśnie proponuję. Nie ma potrzeby w pełni rezygnować z rosyjskiego gazu, ale istnieje pilna potrzeba wprowadzenia nowego gracza na europejski rynek błękitnego paliwa.

Tym graczem powinien być Iran. Kraj ten posiada drugie na świecie złoża gazu ziemnego i jest jego czołowym producentem. Zdecydowana większość surowca jest jednak zużywana na miejscu, chociażby do napędzania ponad 3 milionów samochodów. Dziś Iran jest uznawany przez kraje zachodnie, z inicjatywy Stanów Zjednoczonych (oraz w istotnej części z powodu swojego postępowania, głównie w latach rewolucji i tuż później – czyli w latach 80 i do połowy lat 90.), za pariasa. Iran jest mocno obłożony sankcjami, które mają powstrzymać rozwój prac nad skonstruowaniem bomby atomowej (aktualnie osiągane są postępy dot. wstrzymania prac i poddania irańskich instalacji pełnej kontroli Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej). Iran prowadzi też asertywną politykę zagraniczną, często w kontrze do Stanów Zjednoczonych i interesów europejskich potęg, jak Francja czy Wielka Brytania. To Iran utrzymał przy życiu reżim Assada w Syrii, zapewniając mu wsparcie w wersji all inclusive – pieniądze, broń, żołnierze, Hezbollah. Rosja zapewniła Assadowi kluczową ochronę dyplomatyczną w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, ale to Iran wziął na siebie ciężar podtrzymania sojuszniczego reżimu. Iran jest uznawany przez Izrael za zagrożenie dla istnienia tego państwa. Czy jednak deklaracje irańskich przywódców powinny zastępować analizę ich postępowania?

Pragmatyka zamiast dogmatów

Wielokrotnie dowodziłem, że irańscy liderzy wyzbyli się już rewolucyjnych przekonań i stali się konserwatystami skupionymi na utrzymaniu własnej pozycji i władzy. Nie różnią się przy tym od wielu innych rewolucjonistów, którzy zapisali się na kartach historii jako zwycięzcy – którym udało się obalić ancien regime i utrzymać przy władzy. Z Iranem można (patrz listopadowe porozumienie ws. atomu) się dogadać. A Teheran tylko czeka na inwestycje, w szczególności w sektorze wydobycia gazu i ropy. Ogromne złoża pozostają w znacznej mierze niewykorzystane, gdyż zachodnim firmom nie wolno prowadzić w Iranie interesów. Lokalny państwowy gigant NIOC nie dysponuje technologiami ani gotówką niezbędnymi do przeprowadzenia potężnych inwestycji. Dziś Iran sprzedaje swoje surowce krajom azjatyckim – Chinom, Indiom czy Japonii. Może sprzedawać je, w szczególności gaz ziemny, także Europie. Tym bardziej, że bardzo zainteresowany takim rozwiązaniem byłby inny niezmiernie ważny w gazowej układance gracz – Turcja. Kraj ten dynamicznie się rozwija i w związku z tym rośnie jego zapotrzebowanie na surowce energetyczne. Przez Turcję przebiegają już ważne szlaki energetyczne, chociażby ropociąg BTC (Baku-Tbilisi-Ceyhan) oraz gazociąg BTE (Baku-Tbilisi-Erzurum), zapewniające Turcji, a także Europie, dostęp do kaspijskich węglowodorów (w tym przypadku pochodzących z Azerbejdżanu). Ankara jest w zakresie surowców oportunistą – dogada się z każdym, byle mieć w tym interes (stąd otwarte drzwi dla rosyjskiego South Streamu i niedawne propozycje, by poprowadzić go jednak drogą lądową via Turcja). Warto to wykorzystać. Irańskie złoża znajdują się w idealnej lokalizacji, by wydobywany z nich gaz transportować zarówno drogą lądową via Turcja, jak też drogą morską przez Cieśninę Ormuz.

Otwarcie na Iran nie będzie łatwe nie tylko dlatego, że dotychczasowe relacje pozostawały co najwyżej chłodne (z USA wrogie), lecz również z powodu rosyjskiej „opieki” nad Iranem. To Rosja zbudowała pierwszą  irańską elektrownię atomową w Buszehr i dostarcza do niej paliwo. To Rosja dostarcza Iranowi broń i zapowiada kolejne dostawy, także nowoczesnego sprzętu (np. system przeciwlotniczy S-300). To Rosja wspiera irańskie interesy ws. programu atomowego, chroniąc Teheran przed sankcjami w RB ONZ – choć kilka rezolucji w tej sprawie przeszło bez rosyjskiego sprzeciwu. Rosjanie nie są jednak bezinteresowni. Doskonale zdają sobie sprawę z irańskiego potencjału energetycznego i chroniąc Iran przed zachodnią presją ws. atomu tak naprawdę zamykają Zachodowi drogę do irańskiego gazu i – w mniejszym stopniu – ropy naftowej. Listopadowe otwarcie relacji z Iranem w postaci wstępnego porozumienia dot. programu atomowego dało światełko nadziei na dalszą poprawę relacji. W obliczu rosyjskich działań na Ukrainie nie można pozwolić na fiasko trwających cały czas negocjacji. Niektórzy obserwatorzy obawiają się, że Rosjanie wykorzystają swoją pozycję do blokowania postępów. Zapewne podejmą takie próby. Jednak Amerykanie już pokazali, że potrafią obejść wielostronne mechanizmy (w tym przypadku format P5+1, czyli stała piątka RB ONZ + Niemcy) i, nawet jeśli na niższym szczeblu, osiągnąć porozumienie z Iranem. Tak właśnie trzeba działać.

Irańska alternatywa

Rosja powinna otrzymać jasny sygnał, że czasy jej energetycznego ucisku dobiegają końca. Straciliśmy co prawda kilka lat, bo o otwarciu na Iran pisałem już w lutym 2009 r., lecz wszystko jest do nadrobienia. Rosja znajdzie się wtedy pod presją poszukiwania rynków zbytu w Azji, a tam ma bardzo twardych i cierpliwych partnerów w postaci Chińczyków, którzy ani myślą płacić europejskie ceny gazu. Negocjują dostawy od dekady i cały czas mówią niet na rosyjskie propozycje wyceny błękitnego paliwa. A warto wspomnieć o konieczności inwestycji w pola gazowe oraz gazociągi. To wszystko nie powstanie od razu. W przypadku Iranu jest podobnie – lecz tutaj Zachód może liczyć na swoje koncerny energetyczne. Te już dawno chciały robić z Iranem interesy, lecz nie pozwalały im na to sankcje. Gdy sankcje znikną i pojawi się jasny sygnał – inwestujcie! – nie będzie trzeba tego hasła powtarzać po raz drugi.

Czy Europa i Stany Zjednoczone zdecydują się na taki gambit?

Piotr Wołejko

Share Button
  • Pingback: Blue Marble Times | Europa może wybrać Iran zamiast Rosji()

  • Tomek Zięba

    Oś zła by się miała rozpaść? I kim propaganda USA będzie straszyła dzieci? Wiadomo, teraz jest Rosja na tapecie i straszenie Putinem wychodzi znakomicie. Ale za rok-dwa rosyjski niedźwiedź znowu będzie rozkosznym pluszakiem i nikt nie będzie pamiętał o Krymie, Ukrainie etc… Poza tym dochodzi problem stabilności dostaw. Rosja, pomimo swojego aktualnego „rozrabiactwa” jest stabilna i przewidywalna (tak naprawdę zadymy ukraińskiej nie przewidziała tylko polska dyplomacja, bezrefleksyjnie wykonująca polecenia Waszyngtonu). A jak do Iranu dotrze „arabska wiosna” (wiem, to nie Arabowie, ale mentalność zbliżona i problemy te same, które doprowadziły do rewolucji gdzie indziej)? Poza tym USA bez wojny żyć nie mogą, właśnie skończyli Afganistan, Irak… Gdzie by mogli powojować dalej? No zastanówmy się… No właśnie, koszty utylizacji starszych typów uzbrojenia są wysokie, a na zamówienia nowych już koncerny finansujące polityków czekają… A tu dochodzi jeszcze Arabia Saudyjska (niewymieniona w artykule), której niespecjalnie w smak będzie wzrost znaczenia Iranu. Dlatego uważam, że zbyt optymistycznie przedstawiłeś możliwości współpracy z Persami…

    • Szymon Baranowski

      W Iranie zadnej arabskiej wiosny nie bedzie bez agresji militarnej z zewnatrz. Iran jest krajem bardzo stabilnym politycznie. Jest jednolity etnicznie i kulturowo. Nie bez powodu ta niearabskosc sprawila ze rozwinal sie u nich alternatywny odlam Islamu Szyizm stojacy w opozycji do nurtu arabskiego i kalifatow majacy w Iranie religijny monopol. Wiosna arabska to zjawisko pochodu radykalnego sunnityzmu, rewolucji inspirowanych i finansowanych przez Saudow, a ten chaos i wojna domowa wewnatrz islamu jest na reke Izraelowi i jego patronowi USA (w obronie monopolu dolarowego). W Iranie nie ma korzystnego podloza pod rewolucje. Kazdy ma swoj interes w obalaniu stabilnych, mniej radykalnych jak Syria i pragmatycznych panstw islamu. Najgorsze ze ten chaos i pochod radykalnych sunnitow i ultraradykalnych saudyjskich wahabitow zmierza do budowy nowego kalifatu.

      • W 2009 roku potencjał do rewolucji był całkiem znaczący, ale wtedy sięgnięto po przemoc i prześladowania na masową skalę. Pozbawieni wsparcia zewnętrznego (poza moralnym) obywatele zostali siłą przymuszeni do akceptacji starego porządku.

  • Wiem, że Rijad będzie sypał piach w tryby, bo podobnie jak Pakistan wobec Indii, ustawił się względem Iranu. I nie ma zmiłuj, tym bardziej po walkach Hezbollahu z finansowanymi przez Saudów ugrupowaniami w Syrii. Ale USA czy kraje europejskie mogą wyjść ponad to. Ponad tą regionalną układankę, której i tak nie zrozumieją do końca – bo gdzieś tam na końcu są ambicje poszczególnych ludzi. Poza tym KAS może doczekać się wreszcie problemów wewnętrznych wynikających z niestabilności gerontokracji znajdującej się u władzy. Wtedy mogą nastąpić dwie rzeczy: albo skupią się na sobie albo na Iranie, jako wygodnym chłopcu do bicia, który odwróci uwagę od problemów wewn. i pozwoli oczyścić przedpole w okresie destabilizacji układu władzy.
    A oś zła zawsze znajdzie swoich członków 🙂 Jak nie Iran, to wstawimy tam kogo innego.