Wojskowość

Erik Prince, Blackwater i prywatyzacja sił zbrojnych

„Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić żadnej istotnej operacji wojskowej z dłuższym horyzontem czasowym bez polegania na sektorze prywatnym„. Te słowa, pochodzące z raportu  Lexington Institute z 2010 r. […]

Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić żadnej istotnej operacji wojskowej z dłuższym horyzontem czasowym bez polegania na sektorze prywatnym„. Te słowa, pochodzące z raportu  Lexington Institute z 2010 r. przytacza w swojej książce Civilian Warriors: The Inside Story of Blackwater and the Unsung Heroes of the War on Terror założyciel najbardziej znanej prywatnej firmy wojskowej Erik Prince (na zdjęciu poniżej).

Sam autor dodaje też, że Stany Zjednoczone z powodu ogromnych kosztów, właściwie nie mogą prowadzić już żadnej wojny. Jeśli najbogatszy kraj świata, którego wydatki wojskowe są większe od kilkunastu kolejnych państw na liście, nie może prowadzić wojny, to kto może? Wyposażeni w przechodzone Kałasznikowy i granatniki RPG-7 brodacze spod znaku talibów czy Al-Kaidy?

Scahill vs. Prince. Blackwater odpowiada na zarzuty

Po książkę Prince’a sięgnąłem z wielkim zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że tematyka prywatyzacji wojny bardzo mnie interesuje, lecz również dla porównania słów Prince’a z dziennikarzem Jeremym Scahillem, autorem świetnej książki pod wielce wymownym tytułem: Blackwater : The Rise of the World’s Most Powerful Mercenary Army. Posiłkując się wydaną w 2007 r. książką Scahilla napisałem trzy wpisy poświęcone firmie Prince’a, jej działalności i powiązaniom towarzysko-politycznym. Zachęcam do lektury: część I, część II, część III. Artykuł o prywatyzacji sił zbrojnych, który ukazał się na łamach (wówczas) tygodnika „Polska Zbrojna” w 2011 r. znajdziecie tutaj.

Wrażenia po przeczytaniu książki Prince’a? Wartościowe informacje na temat zasadzki w Falludży, w wyniku której czterech kontraktorów Blackwater zginęło, a ich zwłoki zostały przez rebeliantów powieszone na moście. Efektem tej zasadzki była operacja sił zbrojnych USA – zakończona fiaskiem po kilku dniach ciężkich walk ulicznych. Dopiero pół roku później, w listopadzie 2004 r., przeprowadzono udaną operację odbicia Falludży z rąk rebeliantów.

Prince opisuje także inne zapadłe w pamięć wydarzenia z udziałem kontraktorów Blackwater – strzelaninę na Placu Nissour z 2007 r., gdzie, najpewniej w wyniku szeregu pomyłek i braku zrozumienia, kontraktorzy zabili 17 cywilów, a 20 ranili; zasadzkę na ambasadora RP w Iraku gen. Edwarda Pietrzyka z października 2007 r., gdzie na wezwanie ochrony ambasadora o pomoc najszybciej odpowiedzieli właśnie kontraktorzy Blackwater, zapewniając odsiecz oraz ewakuację helikopterem; obronę siedziby władz okupacyjnych w miejscowości Nadżaf w 2005 r., gdzie Armia Mahdiego (szyicka milicja kontrolowana przez Muktadę as-Sadra) przypuściła szturm na chronioną przez Blackwater placówkę. Przez kilka godzin intensywnej wymiany ognia kontraktorzy nie pozwolili na zajęcie budynku i zapewnili ochronę dyplomatom.

Jak Blackwater osiągnął sukces?

Kluczowe w książce Prince’a jest to, że przedstawia on powody, dla których departamenty obrony i stanu USA korzystały z usług jego firmy oraz im podobnych. Powód najprostszy z możliwych: nie byli w stanie zapewnić niezbędnych usług we własnym zakresie. Ochroną placówek dyplomatycznych USA zajmuje się specjalna komórka o nazwie Diplomatic Security Service. Nie posiadała ona jednak – dziś zresztą też nie posiada – w 2003 r. wystarczającej ilości agentów, by zapewnić bezpieczeństwo wszystkim dyplomatom i pracownikom cywilnym podlegającym departamentowi stanu w Iraku. Z kolei Pentagon nie mógł zapewnić w Afganistanie – przy wykorzystaniu własnych środków – m.in. transportu lotniczego na krótkich dystansach. Zajął się tym Blackwater. A za nim inne firmy.

Erik Prince potrafił nie tylko wyprzedzać swoich klientów, oferując im od ręki to, czego potrzebowali, lecz również szybko i konstruktywnie zareagować na potrzeby klientów – czyli Pentagonu i departamentu stanu. Niektóre zlecenia dostawał w trybie bezprzetargowym (coś jak w naszym prawie zamówień publicznych tryb z wolnej ręki), lecz największe kontrakty pochodziły już z trybów konkurencyjnych. Ironią losu jest to, że prezydent Barack Obama musiał zachować się zupełnie inaczej, niż wzywał do tego w kampanii prezydenckiej kandydat Barack Obama, czyli zamiast zrezygnować z usług Blackwater (wówczas już Xe Services), zwrócił się do tej firmy z kolejnymi zleceniami.

Blackwater prowadziło, obok działań jawnych, także wiele działań niejawnych na rzecz CIA. Zapewniało chociażby serwis dronów latających nad afgańsko-pakistańskim pograniczem. Chroniło również placówki CIA, w tym tę w Khost, która w 2009 r. stała się celem udanego ataku terrorysty z Al-Kaidy. Według Prince’a kontraktorzy Blackwater sceptycznie podchodzili do lekceważenia wymogów bezpieczeństwa względem terrorysty, na co naciskali mocodawcy z CIA. W wyniku ataku podwójnego agenta (CIA uważało, że to ich ważna wtyczka w Al-Kaidzie) zginęło 10 osób (w tym zamachowiec), m.in. szefowa miejscowej stacji Jennifer Lynne Matthews. Wiele mówiło się także o obecności kontraktorów Blackwater w Azerbejdżanie, gdzie mieli szkolić lokalnych przedstawicieli sił specjalnych. Firma szkoliła również członków afgańskich sił bezpieczeństwa w ramach gigantycznych kontraktów (mowa o dziesiątkach miliardów dolarów) na stworzenie od podstaw afgańskiej armii, policji etc.

Prywatne siły stabilizacyjne

Niespełnionym marzeniem Erika Prince’a jest stworzenie batalionu kontraktorów (najemników?), którzy byliby gotowi do błyskawicznego pojawienia się w miejscu konfliktu pod banerem ONZ. Tak, Prince chciał stworzyć prywatne siły pokojowe. Jego zdaniem, a ma wiele racji, obecna koncepcja sił pokojowych bądź stabilizacyjnych działających pod egidą Narodów Zjednoczonych (tzw. błękitne hełmy), nadaje się do kosza. Prince zarzuca, że siły te zbierają się przez długie miesiące (decyzja polityczna w RB ONZ, groźba weta, deklaracje chętnych państw, logistyka), a następnie są w zasadzie bezzębne (vide Srebrenica, DR Kongo) bądź nieskuteczne (vide Somalia, Darfur). Celem udziału w misjach ONZ raczej nie jest pomoc poszkodowanym bądź powstrzymanie konfliktu, lecz – niestety – zarobek. Otóż udział w misjach ONZ jest bardzo opłacalny, za każdego żołnierza ONZ płaci niezłe pieniądze. Nic dziwnego, że czołowymi „dostarczycielami” żołnierzy dla sił błękitnych hełmów stały się tak znaczące „potęgi wojskowe” jak Bangladesz czy Fidżi.

Zgodnie z koncepcją Prince’a siły pokojowe złożone z kontraktorów byłyby gotowe do niemal natychmiastowej dyslokacji w miejsce konfliktu. Składałyby się ze świetnie wyszkolonych (weterani Navy Seals i innych formacji specjalnych, byli żołnierze Marines etc.) i doskonale uzbrojonych żołnierzy. Mogłyby od razu wejść do akcji i realizować postanowienia rezolucji RB ONZ, przygotowując grunt pod właściwe siły pokojowe, zebranie których (patrz wyżej) musi potrwać. Koncepcja ta jest tyleż ciekawa, ile wątpliwa z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Dopóki któreś państwo nie uznałoby kontraktorów za część własnych sił zbrojnych, dopóty nie widzę możliwości wykorzystania ich w misjach pokojowych (w szczególności pod egidą ONZ). Bez takiego uznania należałoby traktować taki „batalion stabilizacyjny” za oddział najemników.

Być może zbliżamy się jednak do chwili, w której wszelkiej maści kontraktorzy z prywatnych firm wojskowych (tzw. PMCs) zostaną oficjalnie uznani za część sił zbrojnych poszczególnych państw (korzystających z usług kontraktorów). Do tego zdaje się zmierzać armia amerykańska, która w oficjalnych dokumentach potrafiła już wliczać potencjał prywatnych firm wojskowych do ogólnego potencjału wojskowego Stanów Zjednoczonych. W sytuacji, gdy budżet Pentagonu ulega redukcji, a rozbuchane do granic możliwości struktury biurokratyczne w imponującym tempie wysysają budżetowe pieniądze, rola prywatnych firm wojskowych może się tylko zwiększać. Skorzystają na tym firmy takie jak Blackwater (dziś Academi), ale nie skorzysta już raczej Erik Prince, który w 2010 r. sprzedał Blackwater i przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nie wycofał się jednak z sektora prywatnych firm wojskowych, zmienił tylko pracodawców.

Czy warto czytać Prince’a in extenso?

Na koniec wypadałoby polecić bądź zniechęcić do zakupu książki Erika Prince’a, od której wyszliśmy na początku tego artykułu. Moim zdaniem to nieźle napisana, przyjemna do czytania i ciekawa pozycja. Jeśli śledzicie na bieżąco rozwój rynku prywatnych sił wojskowych oraz przebieg wojen w Iraku i Afganistanie, to zbyt wiele nowego się nie dowiecie. Dla pozostałych będzie to interesująca lektura, pogłębiająca wiedzę w zakresie metod prowadzenia tzw. wojny z terroryzmem oraz wojny w XXI wieku. Jeśli natomiast czytaliście, podobnie jak ja, krytyczną wobec Blackwater książkę Jeremy’ego Scahilla, powinniście także poznać punkt widzenia drugiej strony. Zgodnie z zasadą audiatur et altera pars.

Piotr Wołejko

Share Button