Kenia – marzenia o demokracji

Jeszcze pół roku temu Kenia, 36-milionowy kraj położony w rogu Afryki – graniczący od północy z Sudanem, Etiopią i Somalią, od zachodu z Ugandą a od południa z Tanzanią, uznawana była za oazę stabilności i wzór do naśladowania dla swoich sąsiadów. Wydawało się, że demokracja jest już w miarę głęboko osadzona i stabilna, a gospodarka rozwijała się naprawdę w dobrym tempie. Wybory prezydenckie (oraz parlamentarne), które odbyły się pod koniec grudnia miały potwierdzić ten wizerunek Kenii, a także dać dobry impuls państwom regionu oraz całej Afryki.

W szranki stanęli dotychczasowy prezydent – Mwai Kibaki oraz lider opozycji Raila Odinga. Sondaże wskazywały, że walka między nimi będzie wyrównana i obaj mają szanse na zwycięstwo. Odinga zjednoczył wiele plemion oraz grup językowo-etnicznych w miarę zwartą siłę polityczną. Kibaki natomiast oparł się głównie na plemieniu, z którego się wywodzi – Kikuyu. Zamieszkuje ono głównie w prowincji Central. Bastionem Odingi jest zaś prowincja Nyanza, położona nad Jeziorem Wiktorii (tereny zamieszkałe przez plemię Luo, z którego Odinga się wywodzi).

Wybory okazały się niezwykle wyrównane. Gdyby nie „cuda nad urną”, najpewniej wygrałby je Raila Odinga. Kiedy exit-polls zaczęły dawać mu zwycięstwo, nagle przybyło sporo głosów na Kibakiego. Ostatecznie, niewielką różnicą głosów, okazało się, że wygrał Mwai Kibaki. Kiedy tylko komisja wyborcza ogłosiła wyniki, Kibaki natychmiast złożył prezydencką przysięgę. W tym samym momencie w całym kraju podnosiła się niesamowita wrzawa pod hasłami „ukradzionego zwycięstwa” oraz sfałszowania wyborów. Przemoc rozlała się po Kenii – płonęły domostwa i sklepy, ludzie byli mordowani i przepędzani ze swoich domów, odbywały się masowe protesty i demonstracje.

Prawie dwa miesiące po wyborach, które odmieniły Kenię, nadal nie ma rozwiązania sporu pomiędzy obozem Kibakiego a obozem Odingi. Prezydent ani myśli ustąpić z urzędu, czy zgodzić się na powtórzenie wyborów. Nie jest także zbyt skory do dopuszczenia partii Odingi, tzw. Pomarańczowych (Orange Democratic Movement) do rządu, w którym znajdują się obecnie jedynie najbliżsi polityczni stronnicy Kibakiego – tzw. twardogłowi (zachęcający prezydenta do trwania na stanowisku). Oranges oraz inne partie opozycyjne wobec Kibakiego mają w parlamencie większość i odniosły nawet jeden bardzo prestiżowy sukces, powołując na stanowisko speakera (odpowiednik marszałka Sejmu) swojego przedstawiciela. Speaker to formalnie trzecie stanowisko w państwie.

Tygodnie protestów, dantejskich scen oraz wiele prób doprowadzenia do porozumienia pomiędzy zwaśnionymi stronami – próbowali m.in. abp Desmond Tutu, były SG ONZ Kofi Annan – zakończyły się fiaskiem. Chociaż Odinga nie domaga się już powtórzenia wyborów, obóz Kibakiego odrzuca żądanie Oranges przyznania Odindze stanowiska premiera – i zwiększenia kompetencji osoby pełniącej tę funkcję.

Dwa miesiące niepewności, protestów, zamieszek – w tym mordów i rabunku – poważnie uderzyły w podstawy gospodarki Kenii. Port w Mombasie traci swoje znaczenie na rzecz tanzańskiego Dar es Salam, zniszczono wiele sklepików i siedzib małych firm, w wielu miejscach jest tak niebezpiecznie, że przejazd drogą stanowi poważne ryzyko, wieści o mordach oraz czystkach etnicznych odstraszają turystów. Gospodarka kenijska nie udźwignie zbyt długo ciężaru narzuconego jej przez nieudolnych polityków. Podobno Mwai Kibaki gra na przeczekanie, gdyż liczy, iż kryzys gospodarczy zniechęci społeczeństwo do popierania Odingi. Zdaje się jednak zapominać o tym, że to jego plemię – Kikuyu – stanowiło podstawę klasy przedsiębiorców oraz biznesmenów. Gra na przeczekanie uderza więc w pobratymców co najmniej tak samo, jak w opozycję. Kibaki z pewnością wie też, że to przeciwko Kikuyu skierował się gniew większości pozostałych plemion.

Niezbędne jest szybkie wyjście z politycznego impasu. Najuczciwsze byłyby ponowne wybory prezydenckie, monitorowane przez ONZ i Unię Afrykańską. Na to się jednak nie zanosi. Mwai Kibaki grając na czas liczy na osłabienie poparcia dla swojego rywala – Raili Odingi. Być może założenie jest słuszne – ale realizacja takiego planu będzie mieć katastrofalne skutki dla mieszkańców Kenii oraz dla gospodarki. Jeśli prezydentowi Kibakiemu zależy na czymś więcej, niż utrzymaniu się na stołku, powinien jak najszybciej dojść do porozumienia z Railą Odingą i spróbować wspólnymi siłami naprawić to, co zepsuto przez ostatnie dwa miesiące. Jednocześnie należy wskazać termin nowych wyborów prezydenckich (lub uzyskać zapewnienie Kibakiego, że zgodzi się na przedterminowe wybory) za – powiedzmy – dwa lata.

Kenia przestała stanowić dobry przykład dla regionu oraz dla całego Czarnego Lądu. W krótkim okresie zniszczono wiele z tego, co budowano latami. Są jednak szanse na ograniczenie szkód i odrobienie strat. Potrzebna do tego będzie jednak mądrość, rozsądek oraz myślenie nie tylko o sobie i swoim żołądku. Demokracja nie oznacza nieustannego przedłużania mandatu dotychczas rządzących. Dopóki oni tego nie zrozumieją, nie ma mowy o demokracji. Mamy wówczas do czynienia co najwyżej z jej kiepską imitacją.

Piotr Wołejko

Share Button