Strefa chillu

Jak słabszy może pobić silniejszego?

Ostatnie kilka dni to cisza na blogu, która była spowodowana półfinałami i finałem Mistrzostw Świata w Snookera. Mało kto potrafi zrozumieć, jak można ślęczeć przed telewizorem i wpatrywać się we […]

Ostatnie kilka dni to cisza na blogu, która była spowodowana półfinałami i finałem Mistrzostw Świata w Snookera. Mało kto potrafi zrozumieć, jak można ślęczeć przed telewizorem i wpatrywać się we wbijane bile. Jeszcze mniejsze jest grono tych, którzy potrafią zrozumieć zasady tej gry – czerwona, kolor, czerwona kolor, a po wbiciu wszystkich czerwonych sekwencja kolorowych aż do bili czarnej. Gra toczy się w zasadzie w absolutnej ciszy, przerywanej co jakiś czas brawami z tytułu dobrego wbicia, pozycjonowania białej bili (służy do rozgrywania partii) bądź skutecznej odstawnej, najlepiej ustawienia snookera (pozycja, w której biała nie ma bezpośredniego dostępu do możliwej do wbicia bili i konieczne jest zagranie białej od bandy bądź kilku band, by trafić uderzaną bilę i nie popełnić faulu).

Snookerowe starcie stylów

Opisywanie snookera nie jest łatwe, gdyż trudno złapać, o co chodzi. To trzeba zobaczyć, poczuć i wczuć się w sytuację graczy. Snooker to dla mnie bardziej zaawansowana forma szachów, a więc gra strategiczna, w której trzeba planować na kilka ruchów (w tym przypadku wbić) do przodu. Jeśli już gracz ma plan, to dopiero połowa sukcesu, gdyż musi jeszcze potrafić rozegrać białą bilę w sposób, który umożliwi realizację tego planu. Kontrola białej bili jest absolutnie kluczowa, a jej pozycjonowanie decyduje o być albo nie być podczas rozgrywki. Czego najbardziej nie lubi snookerzysta? Pomylić się o milimetry we wbiciu albo pozycjonowaniu białej. Złe ustawienie białej wobec rozgrywanych bil (czerwona-kolor, czerwona-kolor) utrudnia zbudowanie brejka, czyli – w zamyśle – wygrywającego podejścia. Ze stołu można zdjąć maksymalnie 147 punktów, co oznacza konieczność wbicia 15 czerwonych z najwyżej punktowaną bilą czarną (1 pkt za czerwoną, 7 pkt za czarną), a następnie wyczyszczenie sekwensu kolorowych (od żółtej, przez zieloną, brązową, niebieską i różową, aż do czarnej). Wielu zawodnikom nigdy nie udało się wbić 147 punktów – kontrola nad białą to podstawa, ale bez odrobiny szczęścia też się nie obędzie.

Miałem dużo nie pisać o samym snookerze, a tu wyszedł całkiem pokaźny akapit. Idziemy więc dalej, do 2001 roku, gdy po raz pierwszy zetknąłem się ze snookerem na antenie Eurosportu. Moją uwagę przykuł w szczególności jeden zawodnik. Wyróżniał się błyskotliwością, szybkością i pewnością zagrań. Dla fanów dyscypliny te trzy cechy wystarczą do identyfikacji osobnika, który zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia i do dziś sprawia, że oglądam snookera z wielką radością. Tym graczem jest oczywiście Ronnie O’Sullivan, pseudonim Rakieta. I tak właśnie zazwyczaj gra – szybko, bezkompromisowo, ofensywnie. Nikt inny nie pozycjonuje białej bili w tak genialny sposób, na wspomniane wyżej milimetry. Jego kariera była i jest trudna, pełno w niej zwrotów – wzlotów i upadków. Niejeden raz wydawało się, że geniusz z Chigwell, gdzie mieszka, skończy karierę. A bez niego dyscyplina traci przynajmniej połowę uroku i blasku. Jeśli można porównać O’Sullivana do innych ikon sportu, to byliby to koszykarz Michael Jordan i piłkarz Leo Messi – ludzie, którzy byli geniuszami swoich dyscyplin, a ich żądza zwycięstw harmonijnie łączyła się ze zdolnością do bawienia kibiców swoją grą. Ronnie to właśnie robi – bawi kibiców, którzy siedzą tuż obok stołu albo przed telewizorami na całym świecie. Gdy on jest przy stole można być niemal pewnym, że uświadczymy snookerowej uczty – pełnej wysublimowanych zagrań i efektownych wbić, a przez to także wysokich, nierzadko 100-punktowych (już ponad 700 w karierze) brejków.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/a/a6/Ronnie_O%E2%80%99Sullivan_at_German_Masters_Snooker_Final_%28DerHexer%29_2012-02-05_23.jpg/441px-Ronnie_O%E2%80%99Sullivan_at_German_Masters_Snooker_Final_%28DerHexer%29_2012-02-05_23.jpg

Ronnie O’Sullivan (zdjęcie: DerHexer, Wikimedia Commons, CC-by-sa 4.0)

Opisywany przeze mnie O’Sullivan miał być głównym bohaterem ostatniego, długiego weekendu. W półfinale gładko pokonał swojego rywala i wydawał się być zdecydowanym faworytem także w rozgrywanym w niedzielę oraz poniedziałek finale. W końcu sięgnął po mistrzowski puchar w dwóch ostatnich latach i stał przed szansą na trzeci z rzędu triumf. Niestety dla mnie i milionów fanów Ronniego, tym razem się nie udało. Zwycięzcą został Mark Selby, który w półfinale stoczył epicką batalię z Neilem Robertsonem (17-15). Starcie finałowe pomiędzy O’Sullivanem a Selbym zapowiadało się na walkę dwóch odmiennych stylów – ofensywy z żelazną konsekwencją taktyczną, szybkości ze spowalnianiem gry. Pierwsze trzy partie wygrał O’Sullivan i mogło się wydawać, że narzucone od ćwierćfinału tempo (odpowiednio 13-3 w 1/4 i 17-7 w 1/2 finału) zostanie utrzymane. Były to jednak miłe złego początki. Selby podniósł się, wygrywając trzy frejmy w pierwszej sesji i przegrywał tylko 3-5. Na koniec dnia nadal trzymał dystans i po drugiej sesji było 10-7 dla O’Sullivana. Już w drugiej sesji było widać, że Mark Selby nie da się łatwo złamać, a jego styl gry – spowalnianie, gra na odstawne – przynosi efekty. Ronnie nie mógł złapać płynności, coraz częściej mylił się na prostych bilach, a także popełniał więcej błędów w pozycjonowaniu białej. Trzecia sesja to już pogrom Ronniego, który z sześciu partii wygrał zaledwie jedną. Finałowa sesja batalii do 18 wygranych partii to zryw O’Sullivana i kolejna setka, trzy frejmy wygrane przez Selby’ego, dwa z rzędu frejmy dla O’Sullivana i kolejne trzy dla Selby’ego. Wynik 14-18 i to Selby sięgnął po pierwszy w swej karierze tytuł mistrza świata.

Jak słabszy może pobić silniejszego? Jak ktoś tak nieefektowny jak Mark Selby, który pierwszą setkę w finale wbił w 30 (na 32 rozegrane) partii, może wygrać z człowiekiem, który w finale wbił 3 setki, a w całym turnieju aż 13 (wobec 5 Selby’ego)? Decydująca okazała się strategia Selby’ego – defensywna, bardzo taktyczna i realizowana z żelazną konsekwencją. W jej efekcie Selby pokonał O’Sullivana, a mnie – i być może innych widzów – skłonił do zmiany kanału. Tego finału od pewnego momentu nie dało się oglądać. Gra była rwana, mało efektowna, a zawodnicy wbijali niewielkie (20 do 40-punktowych) brejki. Festiwal odstawnych i tzw. sejfów, czyli odstawiania białej na bandę w celu utrudnienia jej rozgrywania, mógł być ucztą dla taktycznych fanatyków, ale dla zwykłych fanów snookera był męczarnią. Selby, jak żaden inny zawodnik podczas rozgrywanych w Sheffield mistrzostw, nie miałby szans w otwartej grze – wymianie ciosów – z O’Sullivanem. Gdyby Selby chciał grać, a nie utrudniać grę Ronniemu, zapewne przegrałby i to znacznie, tak jak półfinałowy przeciwnik O’Sullivana – Barry Hawkins (7-17). Czy mogę mieć żal do Selby’ego, że nie wydał O’Sullivanowi bitwy, której nie mógł wygrać?

Zabijanie snookera i piłki nożnej?

Czy mogę mieć żal do Jose Mourinho za jego taktykę w meczu z Liverpoolem z przedostatniej kolejki brytyjskiej Premier League, w którym Chelsea pokonała The Reds 2-0, chociaż to Liverpool cały mecz chciał grać w piłkę i atakował, a Chelsea broniła się w 11 zawodników na własnej połowie? Czy selekcjoner duńskiej reprezentacji piłkarskiej Morten Olsen ma rację mówiąc, iż Mourinho zabija futbol poprzez ustawienie taktyczne swojej drużyny? Drużyny, która posiada ogromny potencjał ofensywny – Oscar, Hazard, Torres czy sprzedany w przerwie zimowej Mata. Czy kibice słusznie kręcą nosem na Selby’ego i Mourinho? Czy Selby zabija snookera, tak jak Mourinho rzekomo zabija piłkę nożną? Czy kibice powinni się cieszyć ze skutecznej taktyki i radować takimi spektaklami jak najnudniejszy w historii nowożytnej Ligi Mistrzów potyczki finałowej między Milanem a Juventusem (sezon 2002/03), która po bezbramkowym remisie w czasie podstawowym i dogrywce, rozstrzygnęła się dopiero w rzutach karnych?

Szukanie sposobu na silniejszego

Słabsi czy mniej zorganizowani zazwyczaj szukają sposobu, który pozwoli im nie polec w starciu z silniejszymi. To lekcja płynąca z historii naszej cywilizacji. Ciekawie skatalogował to Max Boot w swojej książce „Invisible Armies: An Epic History of Guerrilla Warfare from Ancient Times to the Present„. Lektura tej pozycji była dla mnie przyjemnością. Uprzedzam, że nie jest to książka dla osób, które mają alergię na historię. Boot wyprowadza bowiem swoją tezę sięgając głęboko wstecz, do tysięcy lat przed narodzinami Chrystusa. Podając liczne przykłady wskazuje na to, że tzw. guerrilla warfare, czyli wojna partyzancka, prowadzona przez nieregularne oddziały bądź przez takie formacje we współdziałaniu z regularną armią, stanowi dominującą część historii działań wojennych. Partyzanci, działając na różnych kontynentach i w różnych szerokościach geograficznych, wielokrotnie rzucali wyzwanie regularnym armiom i niejednokrotnie potrafili je pokonać. Owszem, współczynnik zwycięstw nie rzuca na kolana (na blisko 400 skatalogowanych przez Boota przypadków starć z sił regularnych z partyzantami, ci ostatni triumfowali w ok. 25% przypadków), lecz niektóre zwycięstwa zapisały się na kartach historii – upadek Rzymu, wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych, porażki Francuzów w Indochinach i Algierii, klęska USA w Wietnamie, klęska ZSRR w Afganistanie. Partyzanci chwytają się wszelkich metod, byle tylko uprzykrzyć lub skrócić życie wrogowi. Jakie czynniki sprzyjają zwycięstwu partyzantów? Kluczowe jest wsparcie z zewnątrz, w postaci pieniędzy, uzbrojenia oraz bezpiecznych przystani, w których partyzanci mogą się szkolić, a także ukryć przed odwetowymi uderzeniami. Pomocne jest również współdziałanie z regularnymi siłami (np. podczas wojny domowej), gdy partyzanci uzupełniają „portfolio” działań tychże wojsk swoimi niekonwencjonalnymi operacjami. Partyzanci powinni także wykazać powściągliwość w atakowaniu celów innych niż militarne, gdyż kierowanie przemocy w stronę cywilów zazwyczaj bardzo mocno szkodzi ich sprawie i staje się jedną z głównych przyczyn porażki.

Na koniec tego wpisu mogę zachęcić do lektury książki Maxa Boota, a także do oglądania snookera. Mam też nadzieję, że dość znaczące odbiegnięcie od tematyki wiodącej Bloga Dyplomacja spotka się z pozytywną recepcją ze strony czytelników. Chociaż kolega-bloger, także mój imiennik – Piotr Maciążek, odradzał mi mieszanie kompletnie różnych spraw na blogu, ja bardzo chciałem czasem podzielić się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami dotyczącymi zagadnień niezwiązanych z polityką ani bezpieczeństwem międzynarodowym. Stąd pomysł na wydzielenie Strefy Chillu, gdzie takie wpisy będą trafiały. Niniejszym uważam Strefę Chillu za otwartą. Czas pokaże, czy ta koncepcja się utrzyma, czy w bliższej bądź dalszej przyszłości będę zmuszony z niej zrezygnować.

Piotr Wołejko

Share Button