Azja

Filipiny vs Chiny

Co zrobić, gdy podchodzi do ciebie osiłek i mówi „daj piątaka” albo „wyskakuj z telefonu”? Jest to uniwersalna sytuacja, z którą mają do czynienia miliony osób na całym świecie. Każdego […]

Co zrobić, gdy podchodzi do ciebie osiłek i mówi „daj piątaka” albo „wyskakuj z telefonu”? Jest to uniwersalna sytuacja, z którą mają do czynienia miliony osób na całym świecie. Każdego dnia. Rzadko ktoś jest na tyle odważny lub silny, żeby odmówić. W większości przypadków wystarczy dać to, czego domaga się napastnik, żeby ujść z sytuacji bez uszkodzonej facjaty bądź odciśniętej w okolicy nerek podeszwy buta napastnika. Jednak czasem napastnik domaga się, aby jego „prośba” została spełniona z uśmiechem na ustach. Napawa się swoją siłą i słabością ofiary. Co to ma wspólnego z dyplomacją? Spójrzmy na postawę Chin wobec swoich sąsiadów w sprawie kontroli nad Morzem Południowochińskim.

Arbitraż przeciwko Chinom

W połowie lipca br. trybunał arbitrażowy w Hadze uznał większość argumentów wytoczonych przez Filipiny przeciwko Chinom. Sprawa dotyczyła chińskich roszczeń do zdecydowanej większości obszaru Morza Południowochińskiego, a także kontroli nad szeregiem wysp, wysepek i skał – w przypadku niektórych z nich Chiny prowadziły bądź przeprowadziły już istotne prace infrastrukturalne, budując m.in. pasy lotniskowe. Chiny opierają swoje roszczenia do obszaru Morza Południowochińskiego na pochodzącej sprzed niemal siedmiu dekad mapie tzw. dziewięciu (niegdyś jedenastu) kresek/linii, opracowanej jeszcze przez nacjonalistyczny rząd, który komuniści wkrótce przegnali na Tajwan. Roszczenia są tak rozległe, że ich uznanie przez zainteresowane państwa – m.in. Filipiny, Wietnam i Indonezję – byłoby równoznaczne z zamianą Morza Południowochińskiego na wewnętrzne chińskie jezioro. Przerysowuję trochę, lecz wystarczy rzut oka na mapę, aby przekonać się, że skala roszczeń jest ogromna.

Filipiny, podobnie jak inne państwa poddane chińskiej presji – a także działaniom prowadzonym według metody faktów dokonanych, jak zajmowanie wysp przez chińskich żołnierzy i ich sztuczna rozbudowa, w tym budowa pasów lotniskowych – stanęły w obliczu bardzo trudnej decyzji. Czy powinny przeciwstawić się lokalnemu hegemonowi? A jeśli tak, to w jaki sposób? W sytuacji, gdy osiedlowy osiłek domaga się „piątaka”, można próbować negocjować z nim i powiedzieć, że ma się przy sobie tylko „dwa zeta”. Oznacza to negocjacje i takie są prowadzone z Chinami pod auspicjami ASEAN, czyli organizacji zrzeszającej państwa Azji Południowo-Wschodniej. Niestety dla maluczkich, negocjacje te nie przynoszą żadnych postępów. Chiny preferują rozmowy indywidualne z poszczególnymi państwami. Ba, tak naprawdę nie mają zamiaru iść na żadne ustępstwa – preferują przyjęcie ich stanowiska, do tego z uśmiechem na ustach (bo komu zależy na irytowaniu Pekinu?). Inną opcją w sytuacji podbramkowej jest wezwanie zaprzyjaźnionego osiłka, aby nas wspomógł. W ten sposób postępują m.in. Wietnam czy wspomniane wcześniej Filipiny, otwierając się (Wietnam) bądź zacieśniając (Filipiny) współpracę wojskową ze Stanami Zjednoczonymi. Dobór sojusznika jest jak najbardziej trafny, w końcu USA są globalnym mocarstwem z interesami w każdym zakątku świata, w szczególności zaś w obszarze Azji i Pacyfiku – gdzie koncentruje się istotna część globalnej produkcji oraz wymiany handlowej. Do tego dochodzi tzw. balansowanie Ameryki ku Pacyfikowi po dekadach skupienia się na Europie i zimnowojennej rywalizacji z ZSRR. Amerykanie stoją w kontrze do chińskich roszczeń, co wyrażają jasno i w dość stanowczy sposób. Czy są jednak gotowi do wojny z Chinami, gdyby np. chińska marynarka wojenna zatopiła jeden bądź kilka filipińskich okrętów? Na to pytanie, tylko że w różnej wersji, odpowiadają sobie politycy w Manili, Warszawie, Rydze czy w Seulu.

Wróćmy do Filipin i sprawy skierowanej do międzynarodowego arbitrażu. Był to odważny krok prawno-dyplomatyczny, na który nie zdobyły się pozostałe państwa pozostające w sporze z Chinami. Trybunał działa od ponad stu lat w oparciu o konwencje haskie nakazujące pokojowe rozwiązywanie sporów międzynarodowych. Warto pamiętać, że mówimy o arbitrażu, a nie o sądzie – co jest o tyle istotne, że nie istnieją tu żadne mechanizmy egzekucji wydanych decyzji (w przypadku sądów międzynarodowych też stanowi to problem, ale arbitraż stoi na jeszcze słabszej pozycji). Chiny – mimo podpisania konwencji – zdecydowały, że w ogóle nie wezmą udziału w postępowaniu arbitrażowym, podważając legitymację Filipin oraz samego trybunału do zajęcia się tą sprawą. W efekcie trybunał samodzielnie odtworzył chińską argumentację, zgromadził niezbędne do wydania decyzji materiały dowodowe i zadecydował w sposób dla Chin niekorzystny. Praktycznie wszystkie argumenty przedstawione przez Filipiny zostały uznane przez trybunał, na czele z zanegowaniem jakiejkolwiek mocy wiążącej mapki z dziewięcioma kreskami, na którą tak ochoczo powołują się Chiny. Zdaniem trybunału nie można na jej podstawie rościć sobie prawa do kontroli nad obszarem Morza Południowochińskiego. Nie można również wywodzić z faktu wznoszenia na skałach sztucznych konstrukcji i tworzenia z nich wysp prawa do wyłącznej strefy ekonomicznej wokół nich. To bardzo istotne, gdyż w pobliżu rozmaitych wysp, wysepek i skał zlokalizowane są zasobne złoża surowców naturalnych, w tym ropy naftowej i gazu ziemnego. Samo zaś wznoszenie sztucznych konstrukcji narusza zobowiązania do ochrony środowiska naturalnego, które wynika z aktów międzynarodowych.

Gniew Chin

Jeszcze przed wydaniem decyzji, a także już po tym, strona www trybunału stała się celem ataku hakerów (bez różnicy czy było to „patriotyczne pospolite ruszenie” czy atak na polecenie władz Chin), a sama decyzja została zrównana z ziemią na łamach oficjalnych mediów rządowych oraz w zaprzyjaźnionych publikatorach zagranicznych. Jedną z głównych nut ataku stanowił fakt, że to zachodni trybunał zależny od zachodnich mocarstw – a te, o czym w Chinach nieustannie się przypomina, upokorzyły Chiny w XIX i na początku XX wieku. Upokorzenie to nie może się już powtórzyć, a zachodnim mocarstwom należy stawić opór, głosi chińska mantra uporczywie powtarzana o każdej porze dnia i nocy. Co więcej, decyzja trybunału to efekt ukartowanego na niekorzyść Chin systemu międzynarodowego, który stworzony został przez zachodnie mocarstwa. Podważanie systemu, choć w pewnych granicach – bo często działa on jednak na korzyść Chin, to idee fixe nie tylko Chin, lecz także Rosji czy wschodzących mocarstw tzw. Południa (Indie, Brazylia).

Nie sprawia to jednak, że problem decyzji arbitrażu przestał istnieć. Wątpliwe, by Chiny zdecydowały się zgodzić z tą decyzją, lecz dla wielu państw to ona, a nie pohukiwania Pekinu, stanowi punkt odniesienia. Jest to komplikacja, która może stanowić punkt wyjścia do zwarcia szyków przez państwa zagrożone chińskimi roszczeniami, a także otwarte zaproszenie dla USA do zwiększenia zaangażowania w regionie. Mówiąc wprost – zachowanie Pekinu może przynieść efekty odwrotne od zamierzonych. O ile Ameryka może cofać się w Syrii czy w Iraku, bo jej żywotne interesy nie są tam zagrożone – a potencjalni regionalni rywale w żadnym przypadku nie posiadają zasobów zdolnych zagrozić amerykańskiej potędze militarnej, to na Pacyfiku sytuacja jest inna. Chiny i ich wzrost gospodarczy oraz podążający za nim rozwój sił zbrojnych, od lat przyprawia amerykańskich wojskowych, planistów oraz bardziej światłych polityków o ból głowy. Stany Zjednoczone z jednej strony nie chcą dać się wplątać w bezpośredni konflikt z Chinami, a z drugiej nie mogą sobie pozwolić na wypchnięcie z Pacyfiku – nawet z jego części. Dlatego też coraz bardziej zbliżamy się do sytuacji, w której dwóch osiłków stanie naprzeciw siebie i albo się dogadają, co byłoby najbardziej rozsądne – a jednocześnie trudne do sprzedania wewnątrz, albo może zrobić się nieprzyjemnie.

Piotr Wołejko

Share Button