Sprawy globalne

Ekstremiści w natarciu: Irak, Jemen, Kenia (Nairobi)

Ostatnie dni to festiwal złych informacji: terroryści z Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego (AQAP) dokonali ataku na wojsko jemeńskie w położonej na południu kraju prowincji Shabwah; zamachy terrorystyczne w Iraku doprowadziły do […]

Ostatnie dni to festiwal złych informacji: terroryści z Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego (AQAP) dokonali ataku na wojsko jemeńskie w położonej na południu kraju prowincji Shabwah; zamachy terrorystyczne w Iraku doprowadziły do śmierci przynajmniej 92 osób; od 21 września trwa oblężenie centrum handlowego Westgate w stolicy Kenii – Nairobi, do tej pory zginęły co najmniej 62 osoby. Odpowiedzialne za atak jest najpewniej somalijskie ugrupowanie Al-Shabab, powiązane z Al-Kaidą.

Iracki koszmar w 2013 r.

Irak płonie już od miesięcy. Między kwietniem a sierpniem br. w atakach terrorystycznych zginęło tam ponad 4000 osób. W samym wrześniu już około 500. Szokująca fala przemocy religijnej, bowiem ataki są wymierzone zarówno w szyitów, jak i w sunnitów, powoduje, iż kraj chwieje się w posadach. Rebelia w sąsiedniej Syrii nie stanowi wytłumaczenia dla wydarzeń w Iraku, których skala wskazuje na lokalne przyczyny. Ekstremiści z obu stron podziału islamu wzięli się za podpalanie kraju. Rząd w Bagdadzie nie ma pomysłu na powstrzymanie tego procederu. Co więcej, dla Kurdów i sunnitów premier Maliki jest bardzo mało wiarygodny. Mówiąc szczerze, przy takiej sytuacji wewnętrznej szef rządu powinien podać się do dymisji.

Skąd wzięło się Al-Shabab?

Jemen to, podobnie jak Somalia, przypadek szczególny. Przypadek tego, jak dobra w intencjach polityka może doprowadzić do piekła (niczym przysłowiowe dobre chęci). Tak się bowiem składa, że Al-Kaida w Jemenie jeszcze kilka lat temu, podobnie jak Al-Shabab w Somalii, były słabe i niewiele znaczyły. Nie posiadały istotnych zasobów kadrowych ani finansowych, nie mogły nawet marzyć o działaniu na taką skalę, jak dzisiaj.

Al-Shabab w Somalii znajdowało się na marginesie Unii Trybunałów Islamskich (UTI), które na krótko (kilka miesięcy 2006 r.) skonsolidowały władzę nad znaczącą częścią terytorium Somalii. Prowadzona przez USA polityka wykorzystywania niesławnych watażków do ścigania prawdziwych i wyimaginowanych terrorystów, a także inwazja śmiertelnego wroga Somalijczyków, Etiopii – co doprowadziło do obalenia UTI i przywrócenia do władzy tymczasowego rządu federalnego – przyczyniły się do wzrostu znaczenia i poparcia dla Al-Shabab. Organizacja ta rosła w siłę, rekrutowała zagranicznych bojowników, a w obliczu rozbicia UTI szybko stała się jedną z głównych sił opozycyjnych wobec etiopskiej okupacji.

Co istotne, Al-Shabab potrafiło się wkomponować w skomplikowaną strukturę klanową Somalii, zapewniając sobie przez to schronienie i poparcie. W latach 2009-2010 Al-Shabab zdobyło kontrolę nad istotną częścią terytorium Somalii, w tym prawie nad całą stolicą – Mogadiszu. Dopiero zmasowana ofensywa afrykańskich sił stabilizacyjnych AMISOM oraz milicji lojalnych wobec tymczasowego rządu wyparła Shabab ze stolicy, a następnie innych miejsc kontrolowanych przez radykałów. W 2012 r. Al-Shabab połączyła się z Al-Kaidą, a Baza przejęła de facto kontrolę nad organizacją.

Atak na kenijskie centrum handlowe stanowi, według radykałów, odpowiedź na kenijską interwencję w Somalii, która zaczęła się w 2011 r. Kenia postanowiła wówczas dołączyć do grupy państw aktywnie zwalczających Al-Shabab. Mimo utraty kontroli nad większością zdobytego w latach 2009-2010 terytorium, organizacja ma się dobrze. W znacznej mierze działa teraz w ukryciu, przeprowadzając zamachy na wojska afrykańskie i somalijskie siły porządkowe, a teraz pokazała, że jest w stanie przeprowadzić duży atak poza granicami Somalii.

Jak rosła siła Al-Kaidy w Jemenie?

Al-Kaida Półwyspu Arabskiego (AQAP) powstała w 2009 roku z połączenia jemeńskiej i saudyjskiej „filii” Al-Kaidy. AQAP to wytwór polityki Alego Abdullaha Saleha, do niedawna prezydenta Jemenu (przez trzy dekady) oraz amerykańskiej strategii walki z terroryzmem, w myśl której naloty, uderzenia rakietowe, drony i akcje sił specjalnych to najlepsza odpowiedź na zagrożenie ze strony „bad guys”.

Al-Kaida działała w Jemenie od dawna i nie niepokoiło to przesadnie prezydenta Saleha. Wykorzystywał ją, podobnie jak miejscowe plemiona, na których opiera się struktura społeczna kraju, do utrzymania się przy władzy. Po 11 września 2001 r. zrozumiał, że jeśli nie przyłączy się do Stanów Zjednoczonych w ich globalnej wojnie z terroryzmem, może znaleźć się na liście celów. Użył więc pretekstu obecności Al-Kaidy do otrzymania od USA broni, pieniędzy i zapewnił swoim oddziałom szkolenia wojskowe, które prowadziły najbardziej elitarne oddziały sił specjalnych USA.

Saleh wiedział, że zbyt szybka eliminacja Al-Kaidy sprawi, że Amerykanie zapomną o nim i złota żyła, z której korzystał ile wlezie, może się wyczerpać. W związku z tym, gdy było trzeba, przymykał oko na działania terrorystów, zwalniał ich z więzień, nie aresztował etc. W tym samym czasie Amerykanie rozkręcali w Jemenie swoje działania antyterrorystyczne, a Saleh pozwalał im na coraz więcej. Im więcej nalotów, ataków dronów czy akcji sił specjalnych, tym więcej razy ginęli cywile. Sprzyjało temu dość luźne podejście Amerykanów do definiowania celów ataków – mogli nimi być (i nadal są, Jemen to miejsce nieustannych ataków sił USA) w zasadzie wszyscy mężczyźni w wieku poborowym. Jak opisał to w książce „Dirty wars: The world is a battlefield” Jeremy Scahill, w oczywisty sposób wzbudzało to niezadowolenie i gniew jemeńskich plemion. A one były Al-Kaidzie raczej niechętne albo przynajmniej obojętne. Większość z nich, gdyby chciała, mogłaby rozprawić się z bojownikami AQAP dość szybko (o czym także pisał Scahill), gdyby ci zaczęli działać przeciwko nim.

Atak na siły jemeńskie w Shabwah to kolejny epizod walki prowadzonej przez AQAP z proamerykańskim reżimem w Sa’anie. Śmierć 40 żołnierzy to cios w morale i tak zdemoralizowanej armii. Tam nawet elitarne jednostki antyterrorystyczne nie są skore do sprawdzenia swoich sił w akcji, a regularna armia jest niedozbrojona, słabo finansowana, a jej żołnierze są podatni na dezercje.

Trudno o optymizm w najbliższej przyszłości

Ekstremiści są aktualnie w natarciu. Także w Syrii, gdzie różne odcienie rebelii bardziej zwalczają siebie, niż reżim Assada. Także w Libii, gdzie daleko do stabilizacji, a stolica rebelii – Bengazi – należy do najbardziej niebezpiecznych miejsc w kraju. Także na Półwyspie Synaj, gdzie armia egipska nie może poradzić sobie ze zbuntowanymi plemionami beduińskimi oraz terrorystami, którzy skryli się między nimi. Także w Libanie, gdzie przelewa się syryjska rzeź, w której aktywny udział bierze główna siła polityczna i wojskowa Libanu, czyli szyicki Hezbollah (narzędzie w rękach Iranu). Nawet w Palestynie terroryści podnieśli głowę i w ostatnich dniach zabili dwóch żołnierzy izraelskich.

Chociaż działalność ekstremistów ma w znacznej mierze przyczyny w sprawach o czysto lokalnym charakterze, widoczne są transgraniczne trendy – umocnienie się marki Al-Kaidy i duży potencjał ugrupowań przy niej afiliowanych, istotny wzrost starć na linii sunnici-szyici, rosnące zagrożenie płynące z terytoriów o słabej bądź żadnej władzy państwowej. Wszystko to podlane jest oliwą w postaci strumienia pieniędzy płynącego głównie z okolic Zatoki Perskiej, co zwiastuje kolejne krwawe wydarzenia, o których będziemy dowiadywać się w najbliższym czasie. Przypadek Mali, położonego w Zachodniej Afryce pokazuje, iż radykałowie mogą działać z rozmachem na ogromnym obszarze, i zazwyczaj pojawiają się tam, gdzie niekoniecznie się ich spodziewamy. Potrafią bowiem wykorzystać lokalne uwarunkowania dla realizacji własnych celów. To sprawia, że stanowią duże zagrożenie.

Piotr Wołejko

Share Button