Europa, Organizacje międzynarodowe

Bełdzikowski o Donaldzie Tusku jako o przewodniczącym Rady Europejskiej

Kłopoty Donalda Tuska w sprawowaniu prestiżowego stanowiska mają zdecydowanie głębsze, niż personalne czy też charakterologiczne, przyczyny. Państwa członkowskie Unii Europejskiej nie są zainteresowane budową silnych przywódców europejskich. Politycy z taką […]

Kłopoty Donalda Tuska w sprawowaniu prestiżowego stanowiska mają zdecydowanie głębsze, niż personalne czy też charakterologiczne, przyczyny. Państwa członkowskie Unii Europejskiej nie są zainteresowane budową silnych przywódców europejskich. Politycy z taką specjalnością to polityczna druga liga, bez wielkich szans na rynku krajowym. To, że nie ma narodu europejskiego to nie przyczyna, ale skutek takiego podejścia. Nikt nie potrzebuje niezdrowej – w założeniu – konkurencji w polityce.

W ciągłym zwarciu

Dlatego na stanowiska pozornie niezwykle silne w oddziaływaniu deleguje się niezbyt silnych polityków, pilnując jednocześnie, by zbyt nie urośli. Reguła ta dotyczy również światka unijnego. Szefowie Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i innych instytucji wspólnotowych nie są zainteresowani wzrostem siły innej instytucji. Przesłanki do takiej zawiści są bardzo prozaiczne. Wzrost kompetencji jednej instytucji odbywa się zwykle kosztem innych instytucji wspólnotowych. Donald Tusk jest z definicji na kursie kolizyjnym zarówno z szefami Komisji Europejskiej, jak i Parlamentu Europejskiego. Dlatego na stanowiska kieruje się polityków niesamodzielnych, w dużym stopniu świecących światłem odbitym od swoich protektorów.

Nie jest to jednak wygodna sytuacja dla beneficjentów tej sytuacji. Po pierwsze, adwersarze silniejszych mogą sobie pozwolić wobec nich na to, czego nie można robić wobec protektorów. Doświadcza tego brutalnie Donald Tusk, który spotyka się z gwałtowną krytyką opozycji wobec kanclerz Merkel na różnych forach wspólnoty. Drugi problem to konieczność zapanowania nad danym obszarem. Oczywiste jest to że słaba pozycja nie ułatwia tego zadania, które i tak nie należy do najprostszych.

Na czym polega praca przewodniczącego Rady Europejskiej?

Co prawda złośliwi mówią, że wynik spotkań Rady Europejskiej jest znany zanim jeszcze się one rozpoczną, to rzeczywistość bywa dużo barwniejsza, niż jej literackie wyobrażenia.  Rola konferansjera  bywa trudna bo rzadko kiedy wszyscy goście są zadowoleni. Co gorsza same spotkania podlegają szeregowi ograniczeń czysto biurokratycznej natury. Polegają one na konieczności przygotowania dokumentacji na spotkanie. Przejawem tego przykrego obowiązku są konkluzje Rady, czyli ustalenia szczytu, które w zasadzie stanowią dyspozycję dla innych – niższych w hierarchii –  wspólnotowych instytucji. Dokumenty te nie powstają, jak można nieraz przeczytać w romantycznych artykułach prasowych, w trakcie kilku godzin spotkania i nie są pisane przez najwyższych przywódców. Rzeczywistość jest dużo bardziej przyziemna – dokumentacja spotkania wraz z konkluzjami powstaje w ciągu kilku tygodni przez samym spotkaniem, w ramach dyskusji pomiędzy dyplomatami państw członkowskich. Praca nad tymi dokumentami to nic innego jak proces wypracowania decyzji. Odbywa się on wewnątrz instytucji wspólnotowych. Donald Tusk nie ma, przynajmniej formalnie, wpływu na dokumenty, które stanowią podstawę do dyskusji organizowanych przez niego spotkań.

Jeśli spojrzymy na te ograniczenia, to sytuacja przewodniczącego Rady nie jest zbyt wesoła. Warto więc przeanalizować doświadczenia poprzedników Donalda Tuska na jego stanowisku. Liczba mnoga nie jest tu pomyłką – Van Rompuy w dużym stopniu korzystał ze wsparcia tzw. małych krajów strefy euro, będących coraz bardziej w kontrze wobec tandemu francusko-niemieckiego; natomiast Javier Solana okazał się dość sprawnym sekretarzem Rady Unii Europejskiej, oczywiście w obszarze współpracy międzynarodowej. W zasadzie można wskazać, że poprzedników było trzech – najmniej znany to Jurgen Trumpf. Wracając do Solany, to bardzo pomogło mu sprawowanie przez niego stanowiska sekretarza generalnego NATO, a także pakiet osobistych kontaktów z możnymi tego świata.

Niełatwa sytuacja Donalda Tuska

Donald Tusk próbując uzyskać choć niewielkie pole osobistego manewru w zasadzie może opierać się wyłącznie na polskiej dyplomacji, czyli na naszym udziale w procedurach związanych z  wypracowaniem decyzji poprzez wspólnotę jako całość. Pozostałe opcje to różnorakie koalicje chętnych, które mają jedną istotną wadę – są niezwykle niestabilne.

Warto się zastanowić nad możliwościami przewodniczącego Rady i potencjalnymi obszarami, na których mógłby chociaż PR-owo zaistnieć. Opierając się na doświadczeniach poprzedników, można wskazać przynajmniej trzy obszary, w których można szukać sukcesu. Pierwszy, który nasuwa się niejako narodowościowo, to działanie wspólnie z narodowym komisarzem w obszarze wewnętrznym. Ta opcja niweluje słabości instytucjonalne stanowiska Donalda Tuska. Właśnie tą drogą poszedł jego poprzednik na stanowisku „prezydenta Europy”, budując swój autorytet na naprawianiu strefy euro. Bez wątpienia jest to droga, której Polak nie może powtórzyć nie tylko dlatego, że Polska nie przynależy do strefy euro. Belgijski premier był nie tylko lepiej osadzony w realiach instytucjonalnych wspólnoty, lecz również działał w oparciu o Benelux, czyli Belgię, Holandię i Luksemburg, które – lepiej niż członkowie Grupy Wyszehradzkiej – rozumieją potrzebę współpracy małych i średnich państw.

Drugi kierunek to tzw. obszar zewnętrzny. Również ten odcinek będzie trudny do zagospodarowania. Choć długoletni sekretarz Rady Unii Europejskiej Javier Solana właśnie tutaj ogniskował swoją aktywność, to miał on już w swoim CV stanowisko sekretarza generalnego NATO. Donald Tusk znajduje się na jeszcze wstępnym etapie kariery międzynarodowej. Co gorsza – wypadkowa polityki unijnej jest wyraźnie sprzeczna wobec tej, którą uważa się za reprezentującą polski interes narodowy. Dobrym przykładem jest tutaj oczywiście Ukraina, lecz nie tylko. Mało który z krajowych komentatorów zwrócił uwagę na zachowanie Donalda Tuska w sprawie tzw. podziału uchodźców. Kwestia ta wywołała spore kontrowersje w Polsce. Firmowanie niepopularnej w kraju polityki może być dużym problemem w dalszych osobistych planach Donalda Tuska. A najgorszym elementem jest zarówno postać włoszki Federiki Mogherini, szefowej wspólnotowej dyplomacji, jak też przewodniczącego Komisji Europejskiej.

Czy rozwiązaniem jest zamknięcie się w gabinecie i korzystanie z uroków życia belgijskiej stolicy? Niestety nie. Z punktu widzenia decydentów w kolejnej kadencji przewodniczący musi dawać gwarancję realizacji ich interesów we wspólnocie i poza nią. Minimum stanowi zapewnienie pracy Rady nie tylko zgodnej z ich interesem, ale przede wszystkim bezproblemowej. Oznacza to możliwość uznania każdego ze szczytów wspólnoty za sukces.

Wydaje się, że z tym może być problem u Donalda Tuska. Co prawda pierwsze szczyty można uznać za takie, na których zarówno przewodniczący, jak i jego zespół uczyli się Unii. Każdy błąd obciąża jednak konto Donalda Tuska, a ostatecznie ich suma wpłynie na decyzję o ewentualnej drugiej kadencji. W kontekście wartości PR-owej, czy też propagandowej, przebieg kryzysu greckiego był jednak prawdziwą katastrofą. Nie chodzi tu niestety o los Greków, którzy zostali zmuszeni do przyjęcia cięższych warunków, niż początkowo im proponowano, ale o fakt, iż supremacja niemiecka ma jednak granice. Skuteczny opór małego kraju, który objawił się na ekranach wszystkich telewizorów to znak że, dżin wyrwał się z butelki i naraził na wyraźne straty – nie tylko wizerunkowe – kanclerz Merkel. Okazało się że nie panuje ona do końca nad Europą i „koronacja na cesarzową” była nieco na wyrost.

Seria greckich szczytów wykazała niezdolność do osiągnięcia kompromisu przez członków Rady, co jest zasadniczym zadaniem przewodniczącego. Dla praktycznego zilustrowania występu przewodniczącego warto spojrzeć na zachowanie europejskich kolegów Donalda Tuska, którzy niczym rasowe drapieżniki starali się pogrążyć swojego kolegę. Smak krwi w sposób wyraźny zachęcił Jean-Claude’a Junckera do ofensywnych działań. Złośliwe uwagi i wyraźny kurs konfrontacyjny to nic innego jak próba odwrócenia sukcesu Van Rompuya, który w pewnych obszarach wyraźnie zdominował Komisję Europejską. Milczenie Martina Schulza można dość łatwo wyjaśnić, lecz nie ma on wpływu na eurodeputowanych czy też niższych urzędników parlamentu europejskiego, którzy całkiem ostro atakowali przewodniczącego Rady.

Jak Marek Bełdzikowski oceniał Donalda Tuska i Elżbietę Bieńkowską po pierwszych miesiącach ich pracy w Brukseli? Czytaj wpis ze stycznia br..

Co można zatem powiedzieć o perspektywach Donalda Tuska na drugą kadencję? Bez wątpienia zadecyduje o tym powodzenie organizowanych pod jego szyldem szczytów. Kolejny źle poprowadzony kryzys grecki może kosztować go drugą kadencję.

Marek Bełdzikowski

Share Button