Afryka, Agora dyplomacji

Agora Dyplomacji: Czy Chiny kolonizują Afrykę?

Tragiczna śmierć Prezydenta RP, jego małżonki i licznych oficjeli, przedstawicieli rodzin katyńskich, duchownych oraz załogi w wyniku katastrofy lotniczej na smoleńskim lotnisku wywołała głęboki szok w polskim społeczeństwie. Mało kto […]

grafika

Tragiczna śmierć Prezydenta RP, jego małżonki i licznych oficjeli, przedstawicieli rodzin katyńskich, duchownych oraz załogi w wyniku katastrofy lotniczej na smoleńskim lotnisku wywołała głęboki szok w polskim społeczeństwie. Mało kto był w stanie skupić uwagę na czymkolwiek innym. W związku z tym przygotowana wcześniej Agora Dyplomacji, gotowa do publikacji w sobotni wieczór, została opóźniona aż do poniedziałkowego poranka. Pozostając w żałobie i oddając hołd zmarłym, nie możemy zapominać o otaczającym nas świecie. Życie toczy się dalej i trzeba pisać o wydarzeniach i trendach międzynarodowych.

Czy Chiny kolonizują Afrykę? Jak można ocenić zaangażowanie Chin na Czarnym Lądzie? Z takimi pytaniami zmierzą się Michał Gąsior, redaktor portalu Polityka Globalna, Konrad Godlewski, dziennikarz i tłumacz, autor poświęconego Chinom blogu Papierowy Tygrys oraz Maciej Konarski, redaktor Portalu Spraw Zagranicznych i autor bloga Trzeci Świat i wszystkie pozostałe, specjalizujący się w problemach Afryki. Zapraszam do zapoznania się z opiniami gości dzisiejszej Agory i zachęcam do wyrażenia własnego zdania.

 

Chiński premier Wen Jiabao zobowiązał się w listopadzie 2009 roku udzielić afrykańskim państwom pożyczki w wysokości 10 bilionów dolarów. Państwa Zachodu oskarżają przy tej okazji Państwo Środka o grabieżcze plądrowanie źródeł minerałów Czarnego Lądu w celu zaspokojenia potrzeb chińskiej gospodarki przy jednoczesnym przymykaniu oczu na precedens łamania praw człowieka przez państwa – kontrahentów. Podobnie jak Stany Zjednoczone wspierają ustrój demokratyczny na całym globie, tak samo Chiny sprzyjają wszelkim formom rządów, jeśli tylko rysuje się w tle ekonomiczna korzyść. Abstrahując od czysto materialnych aspektów, trudno liczyć, aby jakakolwiek dyktatura miała potępiać podobne sobie władze w innych częściach świata.

Zachód jest zazdrosny o zacieśniające się więzi pomiędzy Chinami i Afryką. Obfitujący w złoża minerałów Czarny Ląd jest nie lada gratką dla posiadających mocarstwowe aspiracje państw. Chińska ideologia wygrywa na tym tle wojnę z demokracjami, które w imię wyższych zasad nie prowadzą często interesów z dyktaturami afrykańskimi, tracąc przy tym możliwości inwestycji. W tą wolną przestrzeń bez większych oporów wchodzą firmy z Chin, które wydobywają miedź, kobalt, ropę, czy cynk, a następnie eksportują je do ojczyzny. Rosnąca w bezprecedensowym tempie gospodarka Chin czuje niepohamowany głód na surowce mineralne, a Chińska Partia Komunistyczna musi stale zabiegać, aby nie spadło zadowolenie społeczne w kraju, które mogłoby spowodować trudne do przewidzenia konsekwencje z rewolucją w tle.

Chiny w pewnym sensie kolonizują Afrykę, ale w znacznej mierze odbywa się to w wymiarze ekonomicznym. Stanowi to część geoekonomicznej strategii Państwa Środka, które w ten sposób buduje swoją mocarstwowość. Inaczej niż Stany Zjednoczone, Imperium Brytyjskie, czy carska Rosja, Chiny stawiają na kolonizację gospodarczą z wyłączeniem podboju militarnego. Pragną stać się imperium finansowym. Poniekąd staje się to faktem już teraz, centra finansowe świata znacznie przesunęły się na wschód, a wśród miast o największym potencjale gospodarczym globu, znajduje się kilka miast chińskich.

W skali makro taki proceder eksploatowanego handlu umacnia blok państw autokratycznych, zaś w skali mikro potęguje wzrost ekonomiczny Chin i ucisza niezadowolenie społeczne tak w Państwie Środka jak i na Czarnym Lądzie. Można przewidzieć, że obecny trend wymiany na linii Afryka – Chiny utrzyma się jeszcze długo, a kolejne państwa Afryki dołączą niebawem do grona gospodarczych partnerów Chińskiej Republiki Ludowej, wskutek czego na znaczeniu utraci Ameryka, a kto wie, czy w postaci skutku ubocznego nie ucierpi prezentowany przez nią system wartości z wolnością i demokracją na czele. Doktrynalnie Chiny są z pewnością o wiele bardziej elastyczne od Stanów Zjednoczonych, co na dłuższą metę może przysporzyć im zwolenników po obydwu stronach konfliktu ideologicznego i przesądzić w najbliższych latach o ich przewadze geopolitycznej – choć opartej na ekonomii – nad Ameryką.

Afryka czerpie na tym jedynie korzyści. Któż bowiem gardziłby pieniądzem, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że państwa na Czarnym Lądzie nie należą do potentatów finansowych świata, którzy mogliby kręcić nosem i wybrzydzać, co do tego, kto ich sponsoruje. Dla Afryki zmieniają się realia. Juan zastępuje dolara, gospodarki kwitną, dyktatury nie są piętnowane. Afryka staje się powoli czerwona – w metaforycznym ujęciu powiązań handlowych. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo ukryte w tym dobrobycie. Jeśli Chinom poza juanem uda się ponadto wyeksportować na kontynent afrykański swoją ideologię, a zastraszane przez Zachód autokratyczne reżimy uznają Państwo Środka za gwarant bezpieczeństwa, to niebawem nad Kilimandżaro może powiewać chińska flaga, a sama Afryka stać się czymś na wzór kolonialnego protektoratu zamorskiego Chin.

Michał Gąsior

 

Zachodnie media od kilku lat alarmują, że Chiny „kolonizują” albo „kupują” Afrykę, ale warto pamiętać, że te sformułowania to tylko sensacyjne, infotainmentowe klisze, a nie pełny obraz rzeczywistości. Na podobnej zasadzie funkcjonują w Polsce środowiska, które twierdzą, że duże kraje UE – w szczególności Niemcy – „kolonizują” Polskę. Analogia wszakże sięga:
– pomocy finansowej (u nas fundusze unijne, w Afryce – chińskie pożyczki);
– rozwoju infrastruktury (różnica jest taka, że Chińczycy budują autostrady czy zapory wodne w Afryce szybciej, niż my to robimy sami u siebie);
– niekorzystnego wpływu na handel i produkcję (tanie chińskie towary niszczą afrykańską wytwórczość, a u nas zachodnie sieci supermarketów wykańczają drobny handel).

Z tego ironicznego porównania można wyciągnąć – już całkiem serio – optymistyczny wniosek: mimo nierównowagi kapitałów i wpływów, duży i bardziej rozwinięty partner może dostarczać modernizacyjnego impulsu mniejszym krajom. I tak jak wielu Polaków uważa, że korzyści ze współpracy z krajami Europy przeważają nad bolączkami, tak wielu Afrykańczyków docenia szansę jaką stwarza im chińska obecność.
To prawda, że generuje ona pewne problemy: w Kamerunie czy Gabonie chińskie firmy wycinają drzewa w parkach narodowych; zdarza się, że chińscy pracodawcy pomiatają Afrykańczykami;
Afrykańczycy się czasem przeciw temu buntują, a w muzułmańskiej Algierii do Chińczyków przylgnęło określenie Ali Baba – „złodziej”; chińska „czarująca dyplomacja” – jak ją określa Joshua Kurlantzick – czasem najzwyczajniej korumpuje afrykańskie elity; maczety, którymi dokonano ludobójstwa w Rwandzie były made in China itd. itp. O tych problemach należy oczywiście pamiętać, ale nie wolno się wyłącznie na nich koncentrować. Dzięki Państwu Środka kontynent – na dobre i na złe – włącza się wreszcie w procesy globalizacji.

Najważniejsze jest chyba jednak to, że Chiny traktują Afrykę jak partnera, co państwom Zachodu przychodziło z trudem, bo najpierw Czarny Ląd kolonizowały, a potem wpadły w pułapkę ekspiacji. Najprościej i najdosadniej problem ujął ten problem cytowany w książce „China Safari” Mauro di Lorenzo z American Enterprise Institute: „My ludzie Zachodu, jesteśmy więźniami wizji humanitarnej (…) Humanitaryzm jest jednak także środkiem kontroli; podtrzymuję relację władzy. Jedyne afrykańskie historie, jak wolno nam opowiadać, są żywcem wzięte z Conradowskiego „Jądra Ciemności”: ludobójstwo, odrażające choroby, masowe gwałty dziewczynek w Kongo, najgorsze zbrodnie (…). Chińczycy nie mają takich ograniczeń psychicznych. Jadą do Afryki robić biznes, dochodowy biznes. Miejmy nadzieję, że i nam otworzą oczy, byśmy brali z nich przykład. Nasza pomoc humanitarna wyrządziła swoją część szkód.”

Konrad Godlewski

 

Hasło „Chiny kolonizują Afrykę” brzmi bez wątpienia bardzo efektownie ale na ten moment nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Pokazuje też swoją drogą jak bardzo pojęcie „kolonializm” zdewaluowało się przez ostatnie lata. Abstrahując bowiem od faktu, iż na kontynencie afrykańskim nie znajdziemy żadnego chińskiego terytorium zależnego, musimy pamiętać, iż Chiny są aktywne w Afryce przede wszystkim na polu ekonomicznym. Wpływy gospodarcze Pekin dość wstrzemięźliwie wykorzystuje natomiast w sferze politycznej – w mocarstwowej „grze”. Chiny nie posiadają też żadnej bazy wojskowej w Afryce, a ich obecność militarna na kontynencie pozostaje dość skromna.

Przy wszystkich tych zastrzeżeniach trzeba jednak przyznać, że chińska obecność bardzo silnie oddziałuje i będzie oddziaływać na afrykańską rzeczywistość – i niekoniecznie będzie to wpływ pozytywny. Z jednej strony chińskie inwestycje pomagają rozwijać gospodarki państw afrykańskich – zwłaszcza ich infrastrukturę. Wypełniają też swoistą próżnię pozostawioną przez Zachód i pomagają na powrót włączyć Afrykę w światowy obieg gospodarczy. Ceną za to jest jednak chociażby dławienie miejscowej przedsiębiorczości przez zalew tanich chińskich towarów, napięcia wywołane rosnącą chińską imigracją, a przede wszystkim – obserwowane od pewnego czasu zahamowanie procesu demokratyzacji Afryki. Do bólu pragmatyczni Chińczycy szanują „system socjalny i strategie rozwoju obrane przez państwa afrykańskie”, co oznacza brak niewygodnych pytań o prawa człowieka, czy sposób wykorzystania płynących z Pekinu dolarów. Ten pragmatyzm może jednak Pekin drogo kosztować, gdyż antychińskie nastroje afrykańskiej ulicy są coraz silniejsze. Kluczowym pytaniem jest wiec, jaką drogę obiorą Chiny. Czy będą nadal traktować Afrykę głównie jako źródło surowców i rynek zbytu, czy też ich polityka stanie się bardziej dalekowzroczna? Jeżeli Chiny wybiorą drugą opcję, to działając z odpowiednim wyczuciem będą miały szansę całkowicie wyprzeć zachodnie wpływy z Afryki.

Maciej Konarski

 

grafika: Tomasz Wojdała

Share Button