Bliski Wschód, Kartka z kalendarza

4. rocznica egipskiej rewolucji w pięciu punktach

„Egipt to nie Tunezja”, zapewniał wszystkich, którzy chcieli go słuchać, rządzący Egiptem od 1981 r. Hosni Mubarak, gdy pod koniec stycznia 2011 r. rozpoczynała się egipska odsłona tzw. arabskiej wiosny. […]

„Egipt to nie Tunezja”, zapewniał wszystkich, którzy chcieli go słuchać, rządzący Egiptem od 1981 r. Hosni Mubarak, gdy pod koniec stycznia 2011 r. rozpoczynała się egipska odsłona tzw. arabskiej wiosny. Mubarak, przedstawiciel junty wojskowej władającej Egiptem od lat 50. ubiegłego wieku, nie spodziewał się w dniu 25 stycznia 2011 r., że jego rządy potrwają jeszcze niespełna trzy tygodnie. Już 11 lutego Mubarak „został odesznięty” przez swoich kolegów z wojska, a trzy miesiące później były już prezydent, wraz z dwoma synami, trafił za kraty (właśnie ich wypuszczono, a kolejne zarzuty przeciw nim padają niczym muchy). Wojskowi, którzy już w lipcu 2013 r. obalili demokratycznie wybranego prezydenta Mohameda Morsiego, wywodzącego się z Bractwa Muzułmańskiego, nie zapomnieli o swoim przywódcy i mentorze. Jak można podsumować cztery lata, które upłynęły od rozpoczęcia się egipskiej rewolucji?

  1. Na pozór wszystko wróciło do normy, czyli trwającą 12 miesięcy aberrację (od końca czerwca 2012 r. do początku lipca 2013 r.) w postaci rządów Bractwa Muzułmańskiego, zakończył wojskowy pucz i to armia znowu dzierży stery władzy. Bractwo w dużej mierze pogrążyło się samo, rządząc wyjątkowo nieudolnie i skupiając się na wykluczaniu wszelkiej opozycji i innych niż własne poglądów z debaty publicznej. Oczywiście struktury państwa wydatnie pomagały Bractwu w poniesieniu porażki, lecz bardziej wynikła ona z działań jego przedstawicieli, niż „pomocy” zwolenników starego reżimu. Bractwo dokonało niemal niemożliwego – zjednoczyło dziesiątki milionów Egipcjan po to, by przywrócić rządy wojska, które dopiero co zostało odesłane do koszar.
  2. Powrót do normy nie oznacza, że wojsko może rządzić tak samo, jak rządziło za Mubaraka, z tą różnicą, że teraz na czele stoi marszałek Sisi. Wojskowi trzymają kraj twardą ręką (o czym dalej), ale nie ma powrotu do sprawdzonych kolein i utartych praktyk. Reżim wie, że teraz trzeba się dużo bardziej starać, a „mała stabilizacja” mało kogo satysfakcjonuje. Jeśli sytuacja społeczno-gospodarcza obywateli nie będzie się w najbliższych latach poprawiać, Sisi może napotkać podobny opór do tego, który napotkał Mubarak – z tą różnicą, że Sisiego spotka to po 4-5 latach rządów, a nie po trzech dekadach.
  3. Aktualnie wszelkie protesty są brutalnie rozpędzane (kilkanaście ofiar z ostatnich godzin to najświeższy przykład), a wyrazy sprzeciwu nie są tolerowane. Sisi i jego podkomendni wytoczyli prawdziwą wojnę Bractwu Muzułmańskiemu, którego członkowie są masowo aresztowani i skazywani na długoletnie więzienie. Bractwo zostało uznane za organizację terrorystyczną. Za „wspieranie jej” w więzieniu siedzą dziennikarze z katarskiej telewizji Al Jazeera, co należy uznać za wyjątkowo medialny przykład kary wymierzonej Katarowi – głównemu sponsorowi Bractwa – za jego działania i polityczne ambicje. Niewielki Katar był przez krótki okres arabskiej wiosny jednym z głównych rozgrywających, lecz – co było nieuniknione – szybko został sprowadzony na ziemię.
  4. W ten sposób dochodzimy do wątku rozgrywki o wpływy na Bliskim Wschodzie. Toczy się tutaj wiele rywalizacji, spośród których kluczowe są dziś dwie – szyicko-sunnicka oraz wewnątrzsunnicka. W tej pierwszej Iran ściera się z Arabią Saudyjską, a głównym polem tej rozgrywki stała się Syria, czyli kolejne pole tzw. arabskiej wiosny. Krwawa wojna trwa tam w najlepsze, a saudyjsko-katarska polityka rozdawania broni i pieniędzy niemal każdemu chętnemu w znacznej mierze przyczyniła się do obecnego chaosu i zagrożenia ze strony Państwa Islamskiego. Druga rywalizacja, wewnątrzsunnicka, polega głównie na innym rozłożeniu akcentów – Saudowie i Katarczycy obstawiają różne konie. W Egipcie Rijad stawiał na armię, a Bractwo uznawał za poważne zagrożenie, głównie dla stabilności własnej monarchii, natomiast Katar obstawiał Bractwo. W Syrii Saudowie wspierają salafitów, czyli radykałów, a Katar obstawia Bractwo i bardziej „umiarkowane” ugrupowania. Widać jak na dłoni, że Saudowie są górą w tym starciu, a proxy war między Iranem a Arabią Saudyjską na obszarze Syrii (i Iraku) znacząco osłabiła pozycję Teheranu, odwracając tym samym trwający od amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 r. trend umacniania się pozycji szyickiej teokracji na Bliskim Wschodzie.
  5. Analizując wątek międzynarodowy egipskiej rewolucji nie sposób pominąć Izraela, dla którego rządy Bractwa Muzułmańskiego w Kairze rysowały się niczym apokalipsa. Bractwo co prawda nie wypowiedziało układu pokojowego ani nie zerwało stosunków dyplomatycznych z Izraelem, ale zniosło blokadę Strefy Gazy, co wzmocniło bratni palestyński Hamas. Wraz z końcem rządów Mubaraka zaczęły się także problemy na zdemilitaryzowanym po stronie egipskiej Półwyspem Synaj, gdzie miejscowe plemiona beduińskie oraz przyjezdni terroryści spod znaku wojowniczego islamu zaczęli aktywnie działać, przeprowadzając liczne ataki na infrastrukturę, posterunki policji czy straży granicznej, a także kurorty turystyczne. Izrael przez kilkanaście miesięcy nie mógł już być spokojny o bezpieczeństwo swojej południowej granicy, a wkrótce stracił tą pewność także w odniesieniu do granicy północnej (Syria). Renesans dyktatury wojskowej w Kairze przyjęto więc w Jerozolimie z wyraźną ulgą. Co więcej, zarówno egipscy wojskowi, jak też izraelscy politycy (oraz tamtejsi wojskowi), z dezaprobatą podeszli do postawy Stanów Zjednoczonych wobec rewolucji w Egipcie. Ich zdaniem Ameryka zbyt szybko i łatwo postawiła krzyżyk na prezydencie Mubaraku, porzucając długoletniego sojusznika niemal z dnia na dzień. Do podobnych wniosków doszli Saudowie. W efekcie rewolucji i kontrrewolucji Waszyngton nie zyskał w zasadzie nic, a stracił bardzo wiele. Głównie zaufanie swoich najbliższych sojuszników w regionie. Nic dziwnego, że zaczęli oni coraz aktywniej działać na własną rękę, efektem czego jest m.in. krwawa wojna domowa w Syrii.

Egipska rewolucja pokazała, że apatia i bierność społeczeństwa mają swoje granice. Jeśli władza nie zapewnia obywatelom podstawowych świadczeń, nie daje im nadziei, a do tego jej funkcjonariusze nadużywają swoich i tak dużych uprawnień, tragedia jednego człowieka (jak w Tunezji) może być iskrą, która wywoła pożar niemożliwy do ugaszenia. Egipt jest w trakcie procesu układania ładu wewnętrznego na nowo. Dyktatura wojska wydaje się silniejsza niż w ostatnich latach rządów Hosniego Mubaraka. Może być to jednak mylne wrażenie. Obywatele pamiętają o swoim sukcesie sprzed czterech lat i mogą nie pozwolić, by Sisi i jego koledzy wrócili do polityki business as usual.

Piotr Wołejko

Share Button